BLOG

Afryka – moja miłość. Klaudia Wilk Mhagama (część II)

Ciąg dalszy rozmowy z tarnobrzeżanką Klaudią Wilk Mhagama – fascynatką Afryki.

Co zatem urzekło Panią w Tanzanii?

afrTanzania nie była miłością od pierwszego wejrzenia. Zresztą wciąż się tej miłości uczę. Tanzania to kraj, który był przedmiotem moich badań. Z tej perspektywy urzekło mnie spokojne współegzystowanie. Fascynowało mnie, że tak zróżnicowany kulturowo i religijnie kraj jest taką ostoją spokoju. Nie bez powodu największe miasto Dar es Salaam, gdzie mieszkam, oznacza „Dom/Miejsce Pokoju”. Na tle innych krajów afrykańskich, ale teraz również i europejskich, gdzie różnice etniczne i religijne stanowią podstawę do konfliktów, Tanzania jest niesamowitym przykładem pokojowego współegzystowania. Czy wie Pani na przykład, że niepisanym prawem w Tanzanii jest naprzemienny wybór na stanowisko prezydenta muzułmanina i chrześcijanina? W Tanzanii muzułmanów i chrześcijan jest mniej więcej pół na pół. Od uzyskania niepodległości w tym kraju prezydenturę obejmują na zmianę właśnie muzułmanin i chrześcijanin. W zeszłym roku po dwóch kadencjach ze stanowiska ustąpił muzułmanin i było oczywiste, że teraz o to stanowisko będą zabiegać jedynie kandydaci chrześcijańscy. I tak się stało. Prezydentem został katolik. Wybrany tak przez chrześcijan jak i muzułmanów. Oczywiście i w tym kraju pozostaje wiele do życzenia. Szczególnie jeśli chodzi o politykę rządu. Kontrola mediów, ograniczona wolność słowa, dominuje tylko jednak partia i opozycja praktycznie nie istnieje. Nad demokracją wciąż więc trzeba tutaj pracować, ale na tle innych krajów afrykańskich i tak uważam, że Tanzania reprezentuje dość zrównoważoną politykę.

A życie codzienne?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jeśli chodzi o życie codzienne, długo można opisywać. Urzekli mnie ludzie, pogoda ducha, pokora, cierpliwość i brak pośpiechu (to akurat w takim samym stopniu potrafi denerwować). Tym się zresztą chyba większość krajów afrykańskich charakteryzuje. Człowiek ląduje w Afryce i zapomina, że ma telefon i milion niezałatwionych spraw na głowie.

Jak wyglądało zderzenie wyobrażenia o Afryce z rzeczywistością? Co Panią zaskoczyło najbardziej?

Nie było zderzenia. Z pewnością nie za pierwszym razem. Okazuje się, że można przygotować się na wyjazd do zupełnie odmiennego kulturowo kraju. Jak widać na tyle dobrze się przygotowałam, że jak wylądowałam w Tanzanii pierwszy raz, to nie przeżyłam szoku. Ale z pewnością zrobił na mnie wrażenie gorący i wilgotny klimat, lepkie powietrze, ale i bryza znad oceanu. Zapachy potraw ulicznych. To coś co przykuło moją uwagę. Ale gdybym miała wskazać faktycznie na coś, na co nie byłam przygotowana to na powolność, która objawia się w kompletnym nieliczeniu się z czasem. Tanzańczycy namiętnie się spóźniają, nie dotrzymują terminów spotkań, nie oddzwaniają, nie odpisują na maile. Oczywiście jest na to wytłumaczeń i to sporo. Ale to jest coś, co do tej pory jest dla mnie trudne do zaakceptowania. Ja jestem usystematyzowana i logistyczna, ale i choleryczna, niecierpliwa. Dla mnie to potężny cios.

miastoZa drugim razem przeżyłam klasyczny szok kulturowy. Szok kulturowy charakteryzuje się kilkoma etapami, w największym uproszczeniu to najpierw fascynacja albo inaczej tzw. miesiąc miodowy, czyli coś co przechodzi większość turystów, potem jest depresja … kompletne zanegowanie kultury, w której się życie (nie którą się odwiedza) mówimy więc już tutaj bardziej o kwestii migracji a nie turystyki. Ja przechodziłam ten drugi etap przy moim drugim pobycie. Miałam taki odrzut od Tanzanii, że odmawiałam nawet wychodzenia na ulicę i nie życzyłam sobie, żeby ktokolwiek mówił do mnie w suahili. Ale jak człowiek jest świadomy, co się z nim dzieje, to wie jak sobie radzić. Odchorowałam to i idę dalej… teraz jestem chyba na etapie dopasowania.

taaaaMieszkam w wielokulturowej Tanzanii. Społeczeństwo z założenia ufa sobie. Nikt nie zakłada z góry, że ten muzułmanin to terrorysta, a tamten chrześcijanin będzie nawracał czyjąś córkę. Obecnie współpracuję ze Szwedką mieszkającą w Tanzanii, weekendy spędzam ze znajomymi pochodzenia indyjskiego a wyznania katolickiego. Mieszkam w dzielnicy, która w większości zamieszkiwana jest przez muzułmanów, ale po sąsiedzku mam członka Kościoła pentekostalnego, a za murem słyszę co wieczór śpiewy kościelne w akompaniamencie afrykańskich bębnów. W tym samym czasie z innej strony słyszę bicie dzwonów kościelnych a także wezwanie muezzina do modlitwy. Moim drugim sąsiadem jest szejk. Drzwi w drzwi mieszkają więc trzy różne religie. Żyjemy jak sąsiad z sąsiadem nie zważając na to, kto w co wierzy. Moi poprzedni sąsiedzi również byli muzułmanami. Na Boże narodzenie przynosili posiłki i prezenty, bo wiedzieli że to dla nas bardzo ważne święto i że obdarowujemy się prezentami. Nikt nie kazał nam chować choinki. To ja początkowo złapałam się na tym, że spoglądałam na moich sąsiadów podejrzliwie. A przecież uważam się za osobę bardzo otwartą na różne kultury. To idealnie pokazuje, jak silny wpływ wywiera na nas polityka monokulturowości i jak bardzo karmieni jesteśmy strachem wobec „innych”. Nie mówię, że Polska ma iść w ślady Tanzanii, bo Tanzania wielokulturowością szczyci się od wielu wieków. Ale jest to dla mnie pod tym względem wzorcowy kraj i cieszę się, że Tanzańczycy są otwarci i promują wielokulturowość, w przeciwnym razie miałabym tutaj bardzo ciężko. W końcu jestem imigrantką.

Zajrzyjmy do tanzańskiej kuchni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Zawsze powtarzam, że różnice kulturowe zaczynają się od kuchni. Generalnie kuchnia tanzańska jest prosta i podobna to polskiej.  Jest to kuchnia dość ciężka, mięsna. Ale znacznie prostsza od polskiej. Tanzańczycy nie dbają od różnorodność. Jedzenie jest po to, żeby nie być głodnym, a nie po to żeby rozkoszować się smakiem. Jednakże, kuchnia tanzańska to również w dużej mierze kuchnia indyjska, bo Tanzańczyków o indyjskich korzeniach jest tam dokładnie tyle samo, ilu rodowitych mieszkańców Afryki Subsaharyjskiej. Jest to kuchnia pełna ostrych aromatycznych przypraw, wśród których dominują goździk z Zanzibaru, imbir, cynamon, kardamon, masala, pili pili itp.

kobietaJaką pozycję w Tanzanii zajmuje kobieta?

Bardzo zróżnicowaną. Obecnie na przykład różne lokalne organizacje walczą o powstrzymanie praktyk małżeństw zawieranych przez dziewczynki (wciąż popularne w niektórych rejonach kraju). Z drugiej strony kobiety mają dostęp do prawie najwyższych stanowisk rządowych. Wiceprezydentem w Tanzanii jest kobieta i do tego muzułmanka. Można spotkać się z kobietami zajmującymi się jedynie dziećmi i domem, ale kobieta może być tu także bizneswoman. Naprawdę, nie jestem w stanie rzucić tutaj jakimś ideologicznym hasłem, mogącym wskazać, że kobieta afrykańska jest taka a nie inna,  To o wiele bardziej skomplikowane. Ale z pewnością mogę powiedzieć, że kobieta afrykańska to Matka. Mamy Matkę Polkę, ale słynna też jest Mama Africa. Afrykanie wierzą zresztą, że Afryka jako kontynent jest kobietą. Mama Africa ma więc co najmniej podwójne znaczenie. W ogóle na kobiety zamężne w Tanzanii woła się Mama. Jak kobieta urodzi pierwsze dziecko zaczyna być nazywana imieniem tego dziecka. Jeśli dziecko ma na imię Maria wszyscy zaczną na matkę wołać Mama Maria (czyli matka Marii), jeśli urodzi się chłopczyk, dajmy na to Adam, wszyscy zaczną nazywać kobietę Mama Adam.

Czego mieszkańcy Europy/Polacy mogliby uczyć się od Afrykanów/mieszkańców Tanzanii?

Pozytywnego nastawienia do życia. Cieszenia się z najmniejszych drobiazgów. Celebrowania czasu. Unikania konfliktów. Tolerancji.

Co jest dla Pani najtrudniejsze w codziennym życiu w Afryce?

widoW Afryce? Trudno odpowiedzieć. W Tanzanii, w ponad 4 milionowym mieście Dar es Salaam, gdzie mieszkam, ciężko mi znieść hałas i korki. Tutaj nie ma ciszy nocnej i sąsiad może słuchać sobie muzyki na głos do 24.00 albo włączyć ją o 6.00 nad ranem. Nie ma opcji dzwonić po policje, bo nikt tego tutaj nie praktykuje. Sąsiad ma prawo robić co chce i niegrzecznie jest mu zwrócić uwagę. Trzeba więc się albo przyzwyczaić albo przeprowadzić. Wielu osobom to nie przeszkadza, ale ja jestem niesamowicie wyczulona na hałas. Dlatego wyprowadziłam się daleko za miasto (chociaż teraz okazało się, że sąsiad lubi śpiewać pieśni gospel nawet po północy). Natomiast co do korków, droga z centrum do domu trwająca bez przeszkód ok. 15 min szybkim tempem samochodem, w rzeczywistości w ciągu dnia może sięgnąć do 2,5 godzin, a transportem publicznym średnio nawet 5 godzin (raz zdarzyło się 7 godzin).

 Jakaś zabawna historia/anegdotka związana z Afryką…

Sporo ich jest i trudno wybrać jakąś konkretną. Może opowiem co mnie raz bardzo pozytywnie zaskoczyło i rozbawiło. To akurat zdarzyło się w Ruandzie, kiedy byłam na wycieczce z młodzieżą tanzańską. Muszę najpierw podkreślić, że Ruanda jest niesamowicie czystym krajem. Do takiego stopnia, że kiedy przekraczaliśmy granicę, strażnicy kazali nam powyrzucać do przygotowanych na granicy koszów wszystkie reklamówki i papierki. Byłam bardzo pozytywnie zdziwiona, jak czysto mają mieszkańcy przed domami. I nie mówię tylko o mieście, ale o przydrożnych wiejskich domkach bez bram, trawy czy chodnikach. Wokół każdego domu pozamiatane, wysprzątane, że można by niemal jeść z ziemi. Tym bardziej zdziwiła mnie jedna sytuacja, kiedy wracając już późną nocą z Ruandy i zbliżając się do granicy, została podjęta chóralna decyzja, aby się zatrzymać i wykonać nocną toaletę w postaci opróżnienia pęcherzów. Autokary (bo było ich dwa) zatrzymały się i wypuściły zdeterminowaną młodzież na zewnątrz. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wszyscy jak jeden mąż wbiegli na podwórko jednego z domów i osaczyli je niczym mrówki podlewając równocześnie całą zagrodę wszem i wobec. Podchodzę więc do jednego opiekuna i pytam, czy nie boją się, że właściciel domu wyjdzie i zacznie wszystkich przeganiać. Usłyszałam w odpowiedzi, że nie, bo właściciel się zgodził i wskazał mi palcem na stojącego starszego Pana, który z uśmiecham obserwował całą sytuację.  Proszę sobie wyobrazić jak świętą rzeczą jest w Afryce gościnność, skoro pozwala się na takie wyczyny. I mogę to potwierdzić w pełni. Afrykanie są bardzo gościnni. Myślę, że przebijają w tym nawet Polaków.

mhNosi Pani drugie, egzotycznie brzmiące nazwisko, realizuje się w życiu rodzinnym…

Moje oba nazwiska brzmią egzotycznie, w zależności, w którym aktualnie jestem kraju. Dla Polaków oczywiście Mhagama jest czymś egzotycznym, ale dla Tanzańczyków to Wilk jest trudny do przeczytania (czytają zazwyczaj po angielsku Łilk). Osobiście w moim przypadku dwuczłonowe nazwisko jest ułatwieniem w kwestiach nazwijmy to administracyjnych. To mąż namówił mnie na zachowanie nazwiska. Wynika to z faktu, że w Tanzanii używa się trójczłonowych nazw: imienia, imienia ojca i nazwiska rodowego (które akurat ma najmniejsze znaczenie i nie każdy się nim posługuje). Gdybym więc zachowała jedno nazwisko, bardzo często w dokumentach w Tanzanii widniałabym jako Klaudia Jacek (imię po ojcu) a nie Klaudia Mhagama.  Bo to mię po ojcu jest tam najważniejsze. Ewentualnie byłabym Klaudia Jacek Mhagama. Proszę sobie wyobrazić, jakie miałabym problemy w polskich urzędach. Tymczasem nazywając się Klaudia Wilk Mhagama, problem z głowy, bo Wilk będzie uznawane za imię (u nas nazwisko) po ojcu. Oczywiście dość upraszczam teraz te zawiłości administracyjne, ale mniej więcej tak to wygląda.

mhaPoza tym tak, realizuje się w życiu rodzinnym. Taki miałam cel: dokończyć jeden etap w życiu i zacząć kolejny. Świadomie wybrałam Tanzanię jako miejsce do życia i póki co jest mi tutaj bardzo dobrze. To nie była spontaniczna decyzja, ale przemyślana i przedyskutowana. Mąż ma już tutaj swoją pozycję zawodową, ja również szybko znalazłam się na rynku pracy. Mogłam zostać na uczelni w Polsce, bo miałam taką możliwość, ale po co, skoro można spróbować czegoś innego?  I wciąż realizuję się w życiu zawodowym.

Jak rodzina zareagowała na Pani decyzję o zamieszkaniu w Afryce?

Moja rodzina już dawno przyzwyczaiła się, że jestem dość oryginalna w moich decyzjach. Mamę jakoś specjalnie to nie zaskoczyło. Od dawna wiedziała, że jestem Afryką zachwycona i że w końcu tam polecę. Miała też czas na oswojenie się z tą myślą. Mama zresztą jest bardzo silną osobą i dzielenie zniosła mój wylot. I chociaż robiła pewne podejścia, żeby przekonać nas do zamieszkania w Polsce to wiedziała, że nie ma prawa w jakikolwiek sposób ingerować w moje decyzje. Nigdy tego nie robiła. Gorzej było z moją siostrą. Miała czasem „ataki buntu” J  Rozumiem ją, bo mamy tylko siebie, ale na szczęście jest tyle źródeł komunikacji, że kontakt mamy bardzo stały. Potrafimy dzwonić do siebie o każdej porze dnia i nocy po to, żeby porozmawiać o czymkolwiek.

Pani motto życiowe to …

Problem nie istnieje, istnieje wyzwanie, któremu trzeba stawić czoła. Brzmi banalnie, ale w praktyce bardzo pomaga. Pamiętam, jak miałam kryzys i chciałam zrezygnować ze studiów doktoranckich. Czułam, że mnie to przerasta. Poskarżyłam się do mojego (obecnie już) męża. Powiedział mi właśnie wtedy, że jeśli teraz się poddam, to będę się poddawała przy każdej nadarzającej się okazji. I że nie powinnam patrzeć na tę sytuację jak na problem, ale jak na wyzwanie. Na trudną sytuacje nie należy narzekać, ale stawić jej czoła.

Ponadto jestem głęboko przekonana, że nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny. To też na swój sposób motto.

Z czego jest Pani najbardziej dumna

Raczej z kogo. Z mojej mamy i z mojego męża. Śmiesznie to zabrzmi, ale są do siebie osobowościowo bardzo podobni. Oboje są bardzo otwarci do ludzi (potrafią wyjść po zakupy i zniknąć na dwie godziny z powodu pogaduszek), oboje mają bardzo otwarte i chętne do pomocy serce. Ale to co najbardziej wzbudza we mnie podziw, to fakt, że są niesamowicie silni psychicznie i nigdy się nie poddają. Mogę więc śmiało powiedzieć, że z obojga właśnie dlatego jestem bardzo dumna. Chociaż moja mama to choleryk, a mój mąż to ostoja spokoju, to oboje się uwielbiają.

Czego by Pani nigdy nie zrobiła?

Nigdy mówię nigdy.

Książka czy film?

Jedno i drugie. Nawet ciężko jest mi uargumentować dlaczego jedno i drugie stanowi wartość, bo wydaje się to dość oczywiste. Powiem tylko, że jeśli chodzi o książki to przyznaje, że bardzo dawno nie czytałam literatury pięknej, Książki naukowe zdominowały moją biblioteczkę. Teraz pomału zaczynam to nadrabiać. Nie wyobrażam sobie jednak życia bez kinematografii. I nie będę oryginalna, jeśli wskaże tutaj na filmy afrykańskie. Niestety w Polsce dostęp do nich jest niemal niemożliwy. Jedyna szansa istnieje podczas corocznego festiwalu Afrykamera, który ma miejsce w największych miastach Polski. Prezentowane są wtedy najważniejsze osiągnięcia filmowe twórców afrykańskich oraz filmy, które przedstawiają pewne zjawiska czy nietypową kinematografię niektórych regionów Afryki. Ale lubię też filmy europejskie. Swego czasu byłam zakochana w filmach Tony’ego Gatlifa.

Co Pani robi w trudnych chwilach?

Nie poddaje się

Plany na przyszłość/marzenia?

Jest ich sporo, ale na chwilę obecną życzę sobie, żeby wszystko układało się tak jak dotychczas.

Życzę zatem, by tak było. Dziękuję za rozmowę.