BLOG

Afryka – moja miłość. Klaudia Wilk Mhagama

klaPani Klaudio – jest Pani dr nauk humanistycznych w zakresie kulturoznawstwa, absolwentką studiów doktoranckich w Instytucie Studiów Międzykulturowych na UJ. Jak na tak młodą osobę to chyba duże osiągnięcie?

Zależy w jakich kategoriach postrzega się to osiągnięcie. Na tle wielu znanych i bliskich mi osób, w tym przyjaciół, nie wyróżniam się niczym szczególnym i nie zrobiłam nic specjalnego. Dla mnie jednak, ukończenie studiów z tytułem doktora jest osobistym sukcesem, bo udowodniłam sobie, że jestem pracowita, wytrwała, zdeterminowana i potrafię skończyć to, co zaczęłam. A jest to bardzo ważne, bo dla mnie, w uzyskaniu tytułu nie tyle istotne jest to co osiągnęłam, ale jaką drogę musiałam przebyć, aby tam dojść.

Robienie doktoratu to bardzo ciężka, żmudna i wymagająca wielu wyrzeczeń praca.

Tak, to cztery, a czasem nawet pięć czy sześć lat często wolontaryjnej pracy dla uczelni i dodatkowo pracy z i nad samym sobą. To prowadzenie wykładów, uczęszczanie na własne zajęcia i zdawanie egzaminów, uczęszczanie na konferencje i pisanie publikacji, angażowanie się w kwestie administracyjne uczelni. I bardzo często za darmo, bo to mit, że każdy doktorant dostaje stypendium doktoranckie. To bardzo elitarny ułamek doktorantów (oczywiście zależne to jest od polityki każdej uczelni i wydziału). To w końcu bardzo często całkowite poświęcenie się studiom kosztem rodziny, przyjaciół, życia towarzyskiego a nawet pracy. Dlatego znacznie mniej osób finalizuje te studia. W ogóle nie zdarza się, żeby na 100% osób zaczynających studia doktoranckie również 100% je ukończyło (w przybliżeniu na ponad 40 tys doktorantów w Polsce, jedynie ok. 5 tys uzyskuje tytuł doktora). Po drodze ludzie odpadają: rezygnują, zazwyczaj z powodu trudności w pogodzeniu studiów doktoranckich i życia rodzimego czy zawodowego. Dlatego uwzględniając to wszystko: godzenie pracy ze studiami, często rezygnacja z pracy, przełożenie życia prywatnego nad studia, to jest cena, którą często się płaci za ten tytuł. W ogóle za każdym sukcesem stoi ciężka praca i dlatego tym bardziej na końcu łzy szczęścia są jak najbardziej na miejscu.

Skąd w ogóle zainteresowanie kulturą?

Przede wszystkim muszę na początku wyjaśnić, że kulturoznawstwo jest bardzo szerokim pojęciem i może obejmować naukę o kulturze w dosłownym tego słowa znaczeniu, albo studia/relacje międzykulturowe. W moim przypadku chodzi o to drugie. Zainteresowana wielokulturowością byłam już w liceum. I tak wylądowałam na kulturoznawstwie śródziemnomorskim. Magistra kończyłam już na kulturoznawstwie międzynarodowym. Afryką zaczęłam zajmować się na ostatnim roku studiów magisterskich. Pisałam pracę magisterską o tym kontynencie i tak mnie on pochłonął, że już tam zostałam. Ale byłabym niesprawiedliwa, gdybym powiedziała, że moje zainteresowania oscylują jedynie wokół kultury. Moje studia doktoranckie były interdyscyplinarne, co oznacza tyle, że w badaniach należało dotykać wielu dziedzin poza kulturą, takich jak socjologia i politologia. Interesuję się tymi wszystkimi dziedzinami na równi.

afrykaPodczas studiów prowadziła Pani wielomiesięczne badania terenowe w Afryce. Dlaczego wybrała Pani właśnie czarny kontynent?

Tak jak wspomniałam, zaczęło się od pracy magisterskiej. Podczas pisania zagłębiałam się w tematykę Afryki Wschodniej coraz bardziej i bardziej. Fascynowała mnie różnorodność tego kontynentu i jego wielowarstwowość. To nieodkryte pokłady potencjału, szczególnie dla badaczy. Można do końca życia zajmować się tym kontynentem a i tak materiał nie będzie wyczerpany.

Ludzie myślą, że Afryka to jeden kraj „czarnych” ludzi, jednej kultury, czarów, wojen, głodu, biedy i co tam jeszcze media podają.

aaaaaaaaaaaaaaaaaaaTo kompletna bzdura. Po pierwsze Afryka to kontynent ponad 50 totalnie rożnych państw. Wielokrotnie zmieściłby w sobie cały kontynent europejski. Każde państwo to potężna mieszanka kulturowa i religijna. Ujednolicanie więc tego kontynentu jest nieporozumieniem. I dlatego też, tu po drugie, stereotypy dotyczące tego kraju są bardzo szkodliwe. Afryka to kontynent krajów z najszybciej rozwijającą się gospodarką, to kontynent rozwijającej się technologii, współczesnej młodzieży kształtującej własną tożsamość, wspaniałej wysokiej i pop kultury, to kinematografia na wysokim poziomie, literatura, sztuka. To wspaniałe lokalne organizacje pozarządowe, to społeczeństwo obywatelskie, to ludzie, którzy chodzą do szkoły, pracują, a wieczorami wychodzą na piwo czy pizzę. Oczywiście, że są głodne dzieci, tak jak w Europie, oczywiście, że są konflikty zbrojne (tak jak w Europie), oczywiście, że są czary (tak jak w Europie), ale czy możliwe, aby nie były, biorąc pod uwagę jak potężny jest ten kontynent? Jeśli lecę do Tanzanii i słyszę ostrzeżenie ze strony rozmówcy dotyczące Eboli to zadaję mu pytanie, czy wie, gdzie jest Tanzania a gdzie np. Liberia (bo tam między innymi było jedno ze źródeł Eboli)? Dla rozmówcy często jednak nie ma to znaczenia, bo Afryka to Afryka. Tymczasem z Liberii do Tanzanii jest prawie tyle samo co z Liberii do Polski.

Ale dla mnie Afryka to tak naprawdę Tanzania, czyli kraj, w którym obecnie mieszkam. Nie mogę więc sprowadzać do jednego poziomu Namibii czy Angoli z Tanzanią, tak jak nie mogę sprowadzać do jednego poziomu Portugalii czy Szwecji z Polską.

Jest Pani członkiem Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego. Czym zajmuje się to towarzystwo? Na czym polega jego działalność?

Celem Towarzystwa jest inicjowanie, organizowanie, prowadzenie i popieranie badań naukowych oraz popularyzowanie wiedzy o Afryce. Bycie członkiem jest dość naturalne dla osób zajmujących się Afryką, Towarzystwo zrzesza afrykanistów z całej Polski, organizuje konferencje (Kongres Afrykanistów), publikuje (Czasopismo naukowe „Afryka”, które jest zresztą dostępne online na stronie PTAfr). Plusem takiego Towarzystwa jest nie tylko popularyzowanie wiedzy o Afryce, ale właśnie integrowanie afrykanistów i tworzenie polskiej bazy naukowców z rożnych dziedzin, zajmujących się tym kontynentem.

Jest Pani współzałożycielką i członkiem Jagiellońskiego Centrum Badań Afrykanistycznych.

Jagiellońskie Centrum Badań Afrykanistycznych ma takie samo założenie co PTAfr, z tą różnicą, że ma bazę w Krakowie jest zafiliowane z Uniwersytetem Jagiellońskim, ale póki co skupia się na promowaniu krakowskiej kadry. Wynika to z faktu, że dotychczas Afryką zajmowała się Warszawa (PTAfr). Środowisko krakowskich afrykanistów dopiero się tworzy, ale w bardzo krótkim czasie rozrosło się do potężnych rozmiarów. Z pewnością przyczynił się do tego mój promotor, prof. Robert Kłosowicz, dyrektor w Instytucie Nauk Politycznych UJ, który od kiedy zajął się Afryką, zaczął tworzyć własną grupę doktorantów zajmujących się jedynie tym kontynentem. Są więc już pierwsze tego efekty.

plakat festiwalByła też Pani koordynatorką Festiwalu Afrykańskiego w Krakowie. Co nowego do naszej kultury wnosi taki festiwal? Czego o kulturze afrykańskiej możemy dowiedzieć się z takiego festiwalu?

Festiwal Afrykański w Krakowie to przedsięwzięcie, którego twarzą i dyrektorem jest/był Filip Kitundu. Początkowo był to bardzo mały event, który z czasem rozrósł się do wielodniowego festiwalu promującego kulturę afrykańską (film, muzyka, kuchnia), ale również dialog pomiędzy Europą i Afryką, a także wskazywał na Afrykanów mieszkających w Polsce (obecnie festiwal już nie jest aktywny). Takie festiwale (niezależnie czy afrykańskie czy azjatyckie czy europejskie) zawsze mają wartość dodaną bo promują dialog i wzajemne poznawanie się. Takie festiwale są wspaniałą alternatywą nie tylko dla przełamywania stereotypów, ale również dla polityki nienawiści do odmienności, bo pokazują, że „inny” to zazwyczaj „taki sam jak my” tylko ma inny kolor włosów, skóry, inaczej mówi, inaczej się porusza, ale tak samo jak my kocha muzykę poważną, albo makaron z serem. Że ma problem z dzieckiem, bo wdało się w bójkę w szkole, albo tak samo jak my, marzy skoczyć na bungee. Wystarczy się nie bać, podejść do takiej osoby, popatrzeć w oczy i porozmawiać. I nagle okazuje się, że cała polityka i telewizja odchodzi gdzieś na drugi plan.

Jakie zagadnienia związane z Afryką są Pani najbliższe?

Przemiany społeczne, polityczne i kulturowe, a także relacje pomiędzy religią a polityką i społeczeństwem. W ramach tych zagadnień mieści się całe spektrum problematyczne: działania władzy politycznej, działania instytucji religijnych czy organizacji wyznaniowych, kultura religijna i kultura polityczna …. mogłabym tak wymieniać.

Jest Pani autorką wielu publikacji naukowych. Proszę powiedzieć nam o tym coś więcej?

Publikacje naukowe to nieodłączna część studiów doktoranckich, a następnie kontynuacja kariery doktorskiej. Trzeba publikować, żeby zaliczyć studia, a potem żeby brać czynny udział w dyskursie akademickim. Są publikacje, które można nabyć w księgarniach i są takie, które krążą jedynie w tzw. obiegu akademickim i trzeba wiedzieć, gdzie szukać, by je znaleźć. Czasopisma naukowe rządzą się własnymi prawami, własnym językiem naukowym oraz charakterystyczną strukturą. Pisząc takie publikacje wchodzi się w nieco inny świat, posługuję się pewnym schematem, zachowuje konkretną strukturę i dba o treść. W pisaniu takich publikacji trzeba być też ostrożnym. Jeden z profesorów bardzo mądrze kiedyś powiedział, że autor markuje te publikacje własnym nazwiskiem, jeśli mowa o doktorancie to pół biedy, ale doktor czy profesor zastanowi się 10 razy zanim coś napisze, bo nadstawia swój autorytet. W środowisku akademickim nie ma przeproś.

intKoordynuje Pani także projekt Interkulturalia … czy uważa Pani, że promując wielokulturowość rzeczywiście przyczyniamy się do walki z rasizmem?

Oczywiście, że tak. Wielu ludzi, których znam są tego wyśmienitym przykładem. Uważam, że wielokulturowość należy promować poprzez bezpośredni kontakt człowieka z drugim człowiekiem. Nie ma wtedy kłamstwa, nie ma udawania, nie ma manipulowania poprzez słowo, stereotyp czy mowę nienawiści. Widzimy przed sobą człowieka, rozmawiamy z nim, dzielimy się doświadczeniami i uświadamiamy sobie, że to wszystko co sprzedawane jest nam w mediach czy w polityce, to społeczno – polityczna propaganda. która nie ma nic wspólnego z prawdziwą definicją wielokulturowości. Możemy też oczywiście potwierdzić nasze obawy. Ale wciąż dzieje się to w rzeczywistości i na bazie własnego doświadczenia, a nie na bazie zasłyszenia. Bo nie chodzi o to, żeby być hurratolerancyjnym, ale o to żeby zachować pewną równawagę w ocenianiu. Świat nie jest czarno biały. Ludzie są źli i dobrzy w każdej rzeczywistości kulturowej. To czy będziemy siebie postrzegać poprzez pryzmat obopólnego zaufania czy obopólnego poczucia zagrożenia zależy od własnej woli. Trzeba spoglądać na rzeczywistość zdroworozsądkowo. Sama miałam przypadek, kiedy odmówiono nam wynajmu domu, bo nie jesteśmy muzułmanami. Ale obecnie wynajmuje dom również od muzułmanina, który nie dba o to, jakiego jestem wyznania. Muzułmanie są więc źli czy dobrzy? Inny przykład. Moja znajoma przyleciała do Polski z mężem Tanzańczykiem i doświadczyła wielu ohydnych rasistowskich sytuacji. Kiedy mój mąż przyleciał do Polski, nie doświadczył bezpośrednio ani jednej nieprzyjemnej sytuacji. Wszyscy byli dla niego mili, gościnni i otwarci. Polak jest więc rasistą czy nie?

Jest Pani również animatorem kultury i grafikiem …

Bywałam, kiedy była taka potrzeba. Do grafika mi daleko. Miałam  przygodę z grafiką komputerową, kiedy zaprojektowałam i wydałam kalendarz w formie książki/albumu, który został rozprowadzony na terenie Tanzanii i Kenii w „szalonej” liczbie 500 egzemplarzy.

Animatorem też bywam, co jest raczej nieodłącznym elementem podczas koordynowania festiwalu albo prowadzenia warsztatów dla dzieci czy młodzieży. Wychodzi to dość naturalnie. Ale nie określałabym siebie tym mianem w kontekście profesji, jaką się zajmuję.

Posiada Pani podstawową znajomość języka suahili. Myślę, że niewielu Polaków może się tym pochwalić? Gdzie się Pani nauczyła tego popularnego w Afryce języka?ssss

W Polsce jest Afrykanistyka na Uniwersytecie Warszawskim i tam uczą języka suahili. Ja nie miałam do niej dostępu, więc brałam korepetycje od native speakerów. Wystarczyło na tyle, że po przylocie do Tanzanii byłam w stanie dogadywać się z Tanzańczykami. Obecnie nauka przychodzi naturalnie. Mieszkam w tym kraju i choć angielski jest drugim językiem w Tanzanii to w praktyce tak jak w Polsce szansa dogadania się po angielsku jest pól na  pół. Na co dzień posługuję się więc na zmianę językiem angielskim i suahili. Angielskiego używam, kiedy wchodzę w głębsze dyskusje ze znajomymi albo współpracownikami, używamy go też z mężem w domu. Suahili używam do zwykłego porozumiewania się na co dzień poza domem, (sklepy, sąsiedzi etc), ale nie ukrywam, że chce opanować ten język do perfekcji.

taObecnie mieszka Pani w Tanzanii. Czym się Pani tam zajmuje?

Organizuje sobie życie rodzinne i zawodowe. Dopiero niedawno przeprowadziłam się tutaj na stałe i chociaż obiecałam sobie zasłużone wakacje, to jednak na miejscu okazało się, że nie potrafię odpoczywać. W ciągu ostaniach dwóch miesięcy zdążyłam już więc zmienić dom i rozpocząć współpracę przy dwóch projektach naukowych.