BLOG

Fotografia to rysowanie światłem – Zofia Baranowska

(z pryw. zbiorów p. Baranowskiej)

Pani Zofio, jak to się stało, że została Pani fotografem?

Już jako młoda kobieta interesowałam się kierunkami artystycznymi. Skończyłam technikum plastyczne i wyjechałam na Kujawy, gdzie pracowałam jako plastyk. Tam też poznałam swojego męża, fotografa Aleksandra Baranowskiego. To on zaszczepił we mnie miłość i pasję do fotografii. Wówczas kolorowa fotografia nie istniała. Fotosy czarno-białe kolorowało się specjalnymi farbkami, zaczęłam się tym zajmować. Później  pojawił sie retusz, a z czasem fotografowanie.

Jakie były początki tego zakładu?

W 1965 roku powróciłam wraz z mężem w swoje rodzinne strony z zamiarem otworzenia zakładu fotograficznego. W tamtych czasach ciężko było uzyskać lokal pod prywatną działalność gospodarczą. Dopiero w 1968 roku, poprzez zapisanie się do Spółdzielni Wielobranżowej, uzyskaliśmy lokal przy Pl. Bartoszu Głowackiego, jednak wejście do niego znajdowało się w przejściowym korytarzu kamienicy. Niewiele lat później zwolnił się lokal od frontu, co pozwoliło nam powiększyć studio, i tak funkcjonujemy do dziś.

Pani Zofia z mężem (pryw. zbiory p. Baranowskiej)

Czy w tamtych latach trudno było prowadzić własny biznes?

Początkowo z mężem Studio prowadziliśmy sami. Zakład otwarty był od wtorku do niedzieli, z tym, że w niedzielę przez 3 godziny. Pamiętam taką śmieszną sytuację z tamtego okresu. Była piękna, słoneczna niedziela, wraz z mężem postanowiliśmy zamknąć zakład i cieszyć się wiosną. Na drzwiach przykleiliśmy informację z napisem „Zakład nieczynny – pamiętaj abyś dzień święty święcił”, a dowcipny klient dopisał  pod spodem – ” i poszliśmy opalać się nad Wisłę” .

Tak, to były trudne, ale i szczęśliwe lata. Od 1979 roku nasza „załoga”  powiększyła się o 2 osoby i było nam już znacznie łatwiej, w takim składzie przetrwaliśmy do dziś.

Czy pamięta Pani pierwszego klienta zakładu? 

Oczywiście, że tak. Do dziś pamiętam jego twarz i godność. Młody, przystojny mężczyzna, który na długo pozostał naszym klientem. Chciałabym tu wspomnieć, że wielu klientów z tamtego okresu stało sie naszymi bliskimi znajomymi, a nawet  i przyjaciółmi.

Niektóre rodziny fotografujemy pokoleniowo. Jest nam bardzo miło, gdy nasi klienci wracają po latach i z sentymentem wspominają swoje pierwsze zdjęcia czy sesje. Często to rodzice lub dziadkowie przyprowadzają swoje dzieci i wnuki, podtrzymując  w ten sposób rodzinną tradycję.

Zatrzymajmy się  na chwileczkę przy tradycjach. Nie sposób nie zauważyć w Państwa zakładzie zdjęć całych pokoleń, ale moją uwagę przykuła również piękna drewniana witryna, na górze której widnieje rok 1968. Kiedy wchodzimy do środka mamy wrażenie jakby czas się tutaj zatrzymał. Stylowe wnętrze, piękne portrety, miła atmosfera. Jak udało się uzyskać taki klimat? 

Długo przygotowywaliśmy się do renowacji zakładu. Naszym marzeniem było stworzenie miejsca o specyficznych charakterze, ciepłego, przyjaznego klientowi, ale także odzwierciedlającego nas samych. Stąd pomysł na drewno, lustra, dekory, lampę w stylu klasycznym.

Autorem  i wykonawcą  projektu jest artysta Andrzej Karwat z Sandomierza, który doskonale zrozumiał nasze potrzeby  i marzenia. Oczywiście w całym projekcie nie mogło zabraknąć ściany portretów, niektóre z  tych zdjęć mają nawet kilkanaście lat.

Czym jest dla Pani fotografia? To biznes rodzinny, tylko biznes czy może pasja?

Można powiedzieć, że częściowo biznes rodzinny – dwóch braci mojego męża też było fotografami. Ale jest to przede wszystkim pasja. Trzeba to lubić i czuć; tego nie można się nauczyć. Fotografia to rysowanie światłem. Trzeba wiedzieć, jak to światło ustawić, bo przecież światłem można komuś zniekształcić twarz, ale i upiększyć. Trzeba mieć dużo wyczucia w tym kierunku. Jeśli ktoś tego nie czuje, to nie będzie dobrym fotografem portretowym. Jak wiemy samo pstrykanie zdjęć nie jest sztuką, sztuką jest światłocień i kompozycja.

Dobry fotograf zrobi zatem zdjęcie, które nie będzie wymagało fotoshopa?

Oczywiście. Kiedyś nie było w ogóle czegoś takiego, a powstawały naprawdę piękne fotografie. Dla mnie osobiście takie poprawione zdjęcie nie jest w 100% odzwierciedleniem rzeczywistości. Kiedyś fotografowanie wymagało więcej  wiedzy i wyczucia ze strony fotografa.

Co Pani najbardziej lubi fotografować?

Tak naprawdę to fascynuje mnie człowiek.

Czy pamięta Pani swoje pierwsze samodzielnie zrobione zdjęcie?

Tak, to była fotografia mojego młodszego brata. Przyznaję, że bałam się fotografować. Mąż wcześniej pokazał mi, na czym polega obsługa aparatu i fotografowanie, wykorzystanie przesłony i czasu dla uzyskania zamierzonego efektu.

Co Panią najbardziej pociąga w fotografii?

Chyba to, że każdy z nas jest inny i żeby zrobić piękne zdjęcie trzeba umieć wydobyć  z człowieka to piękno.

Które zdjęcie zrobione na przestrzeni lat było dla Pani najciekawsze?

Każde zdjęcie jest w pewnym sensie wyjątkowe. Nie mam jednego wybranego portretu. Bardzo wdzięczne są portrety dzieci, ale mocniej oddziałowywują na mnie portrety osób starszych, których twarze mają zapisaną w sobie jakąś historię.

A co z dziećmi?

Kocham dzieci i mogłabym je fotografować godzinami. Są bardzo wdzięcznym modelem, ale wymagającym od fotografa ogromnych pokładów cierpliwości i czasu.

Pani Zofio, fotografuje Pani już od ponad 50 lat, a zatem jest Pani świadkiem wielu zmian, które zaszły w fotografii. Proszę nam coś o tym opowiedzieć.

Kiedy zaczynałam swoją pracę były jeszcze szklane klisze z emulsja. Przy wywoływaniu można je było łatwo zniszczyć, a zatem trzeba było bardzo uważać. Potem suszyło się je na takich specjalnych stojaczkach. Czasem zdarzyło się, że ktoś niechcący potrącił  stojaczek  i klisza ulegała uszkodzeniu. Wtedy zdjęcie dla klienta trzeba było powtórzyć, tłumacząc mu w naszym języku, że „klisza pękła” – i stąd właśnie powstało to powiedzenie.

Potem były klisze celuidowe, następnie pojawiła się fotografia kolorowa, w końcu cyfrowa. Jednak to już nie jest to samo. Kiedyś zdjęcia miały swoją duszę, ale dzisiejsza fotografia daje większe możliwości.

Który moment w pracy fotografa jest najtrudniejszy?

Myślę, że nawiązanie kontaktu z klientem. Mówiłam o tym przy fotografii dziecięcej, ale podobnie jest z dorosłymi. Jest to coraz trudniejsze, bo ludzie ciągle się śpieszą. Czasem, żeby zrobić zdjęcie według wymogów do dowodu lub paszportu, muszę klienta ustawiać nawet po kilka razy, bo wciąż zmienia pozycje. Kiedyś ludzie byli bardziej cierpliwi, mieli więcej czasu  i wewnętrznego spokoju.

Myślę, że to wielkie szczęście mieć taką pasję, której się jest wiernym tyle lat i nadal sprawia radość. Czy to nie męczy już Pani?

Nie, mogę to robić w nieskończoność. W ogóle lubię zdjęcia, nie tylko je robić, ale również oglądać, zwłaszcza te stare.

Ile fotografii Pani już zrobiła?

Na pewno nie potrafię podać liczby. Przez te 50 lat działalności zakładu uzbierało się tego sporo.

Czy utkwiły Pani w pamięci uroczystości  związane z Tarnobrzegiem, które uwiecznili Państwo na zdjęciach?

Jak najbardziej. W tamtych czasach mąż zajmował się również fotografią reportażową. Między innymi fotografowaliśmy uroczystości państwowe, jak i kościelne. Jedną z ważniejszych była wizyta w Klasztorze o.o. Dominikanów ówczesnego kardynała Karola Wojtyły. Do dziś wspominamy to wydarzenie.

Brała Pani udział w jakichś konkursach fotograficznych?

W niewielu i tylko w konkursach organizowanych przez Krajowy Cech Fotografów, którego byliśmy członkami. Z okazji święta fotografów, którego patronem jest Św. Weronika, organizowane były 2-3 dniowe spotkania koleżeńskie, przy okazji których odbywała się wystawa naszych prac o określonej wcześniej tematyce.

Czy Pani lubi być fotografowana?

Raczej nie, zdecydowanie wolę stać po drugiej stronie aparatu.

Gdybym teraz pokazała Pani jakieś zdjęcie, czy będzie Pani patrzeć na to, co lub kogo ono przedstawia, czy tez zacznie Pani przyglądać mu się pod względem warsztatowym?

Chyba to drugie, to takie skrzywienie zawodowe (śmiech)

(z pryw. zbiorów p. Baranowskiej)

Poza fotografią lubi Pani …

Bardzo lubię podróżować, zwiedzać. Preferuję czynny wypoczynek. Lubię też malarstwo. Myślę, że może zajmę się nim, kiedy nie będę już pracować.

Z czego jest Pani najbardziej dumna?

Nie wiem, trudne pytanie. Chyba z tego, że tyle lat tu przetrwaliśmy? Były czasy, kiedy występowały braki materiałów fotograficznych, później weszła nieciekawa konkurencja, a my mimo tego wszystkiego nadal istnieliśmy w tym samym miejscu i tym samym składzie.

Czym Pani kieruje się w swoim życiu?

Staram się mieć dobry stosunek do ludzi, nigdy nie robić nikomu krzywdy. Jeśli mam tylko taką możliwość to służę pomocą.

Przez wiele lat współpracowała Pani z domami dziecka.

Tak, razem z mężem robiliśmy zdjęcia do dokumentów wychowankom domów dziecka w Tarnobrzegu, Skopaniu i Łoniowie. Każdego roku  fotografowaliśmy również podopiecznych Domu Pomocy Społecznej w Mokrzyszowie prowadzonego przez Zgromadzenie Sióstr Służebniczek.

Widzę, że bardzo lubi Pani dzieci?

Uwielbiam. Przez wiele lat, wraz z tarnobrzeskim Stowarzyszeniem Przyjaciół Polaków na Wschodzie (którego byliśmy członkami), organizowaliśmy kolonie dla dzieci z polskich rodzin pochodzących z terenów wschodnich – Litwy, Białorusi i Ukrainy.

Gdy przychodzą trudne momenty to …

Analizuję wszystko co i jak; staram się znaleźć jak najlepsze rozwiązanie. Muszę jednak powiedzieć, że łatwiej mi  znaleźć rozwiązanie dla kogoś, znacznie trudniej dla siebie.

Niedługo przejdzie Pani na emeryturę. Co chciałaby Pani wówczas robić?

Na emeryturze jestem już od 14 lat, ale jak przestanę pracować zawodowo, co przyjdzie mi raczej bardzo ciężko, wówczas może zajmę się wspomnianym malarstwem, na które teraz brakuje mi czasu. Jeśli zdrowie i kondycja mi na to pozwolą chciałabym jeszcze trochę pozwiedzać. Marzę by zobaczyć kraje, w których jeszcze nie byłam, a także by odwiedzić ponownie Litwę i Białoruś. Szczególnym sentymentem darzę Polesie, rodzinne strony mojego męża. Chciałabym też zobaczyć jeszcze parę pięknych miejsc w Polsce.

Życzę zatem, by dopisywało zdrowie i by zrealizowała Pani wszystkie swoje plany. Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Dziękuję bardzo.