BLOG

„Każdy powinien mieć swój własny gnomon” – Zofia Garboś

Pani Zofio – Pani dzieciństwo i młodość przypadły na trudny czas II wojny światowej i okres powojenny. Czy może nam Pani o tym opowiedzieć?

Tak. Urodziłam się kilka lat przed wojną. Nie pamiętam wiele z tego okresu, choć utkwiło mi w pamięci kilka obrazów. Na przykład stacjonowanie wojsk w mojej miejscowości. Byli to żołnierze radzieccy lub niemieccy, którzy zatrzymywali się na odpoczynek przed dalszą drogą. Trzeba było udostępnić izby w domach, aby odpoczęli, wykąpali się i wyspali. Domy były małe, więc domownicy na ten czas  musieli się wynieść do stodoły lub jakiejś komórki. Najbardziej przerażająca sytuacja wystąpiła upalnym latem 1944 roku. Front działań wojennych przesuwał się na zachód. Ciężkie boje toczyły się o przyczółek baranowsko – sandomierski. Wybuchy bombowe, istna kanonada, a bywało że i jakiś zabłąkany pocisk lądował niedaleko domu. Uciekaliśmy wtedy do piwnicy, którą miała tylko jedna gospodyni w naszej okolicy. Tłok więc był ogromny. Dzieci płakały, bo były przestraszone i głodne.  Mężczyźni pozostawali w domach, żeby pilnować opuszczonych domostw. Z czasu okupacji  pamiętam  też wywózki młodzieży na przymusowe roboty do Niemiec. Moja kuzynka ukrywała się w zamurowanym schowku na zapiecku. Udało jej się uniknąć wywiezienia. Ale największy szok przeżyłam po przejściu frontu. Tato zabrał mnie w pole, aby zobaczyć czy już zboże dojrzało. Był gorący lipiec. Co rusz napotykaliśmy na martwych żołnierzy. A najwięcej trupów leżało w rowie wzdłuż torów kolejowych Tarnobrzeg – Sobów.

Urodziła się Pani w rodzinie chłopskiej. Czy to miało jakieś znaczenie dla Pani?

Tak, rzeczywiście pochodzę z rodziny chłopskiej. Moi rodzice ciężko pracowali na roli i w gospodarstwie, gdyż to było jedyne źródło dochodów. Od rodziców przejęłam wiele pozytywnych cech takich jak pracowitość, uczciwość, wytrwałość w dążeniu do celu.

Rodzice dużą wagę przywiązywali do nauki. Moja mama bardzo się chciała uczyć, ale z powodów zdrowotnych nie mogła chodzić do szkoły. Nie znaczy to jednak, że się nie uczyła sama. Obok nas mieszkał profesor Paź, który przynosił jej książki. Mam wtedy otwierała okno, siadała na parapecie i namiętnie je czytała. Tata zawsze przywoził jej z podróży „Przyjaciółkę” a dla mnie „Świerszczyk”. Rodzice bardzo dopingowali nas do nauki. Dla wiejskiej dziewczyny wykształcenie to była duża nobilitacja.

Pani skorzystała z tej szansy.

Oczywiście. Poszłam do Liceum Pedagogicznego w Mielcu. Chciałam być nauczycielką. Nie było to takie proste. Do internatu się nie dostałam ze względu na fakt posiadania ziemi przez rodziców. Były dziewczyny biedniejsze ode mnie. Zaczęła się tułaczka po stancjach, ale wytrwałam. Uczyłam się bardzo dobrze, byłam pilną uczennicą i dlatego w II klasie  mogłam zamieszkać w internacie. To był dla mnie raj, choć niektórzy uważali inaczej. Wreszcie miałam swoje łóżko i trzy razy dziennie ciepły posiłek. Było nas na sali 19. Na śniadanie często jedliśmy chleb ze smalcem lub marmoladą i piliśmy herbatę lub białą kawę zbożową, obiad był dwudaniowy a kolacja już „na bogato”, np. żurek z jajkiem czy duszona wątróbka. Z tego okresu pamiętam, że każdy rodzic był zobligowany do wspierania działalności internatu. Mój tata jesienią, przywoził do Mielca konną furmanką ziemniaki, warzywa oraz mąkę.

A jak było w szkole?

W szkole trzeba było się dużo uczyć. Część nauczycieli była jeszcze przedwojenna. Byli bardzo wymagający, ale bardzo pomocni. Po obiedzie od 16:00 do 19:00 była obowiązkowa nauka własna, tzw. silencium. Dyżury pełnili też profesorzy, pilnowali dyscypliny i cisza była jak makiem siał. Zajęcia te odbywały się w budynku szkoły, jako że internat znajdował się w jej sąsiedztwie.

Dopiero później dowiedziałam się, jakie to były trudne i niebezpieczne czasy.

Ale w szkole  nas chroniono – było spokojnie, panowała duża dyscyplina. Pamiętam dzień, w którym dowiedzieliśmy się o śmierci Stalina. Zgromadzono nas  w auli, gdzie w wielkim skupieniu musieliśmy wysłuchać tej wiadomości.

 

Po szkole wyjechała Pani do pracy aż do Szczecina.

Tak, chociaż jeden z profesorów mówił, żebym poszła na studia do Krakowa. Ja jednak chciałam być samodzielna i trochę pomóc rodzicom. Dobrze zdałam maturę, więc uznałam, że czas podjąć pracę zawodową. Byłam wykwalifikowaną nauczycielką. To był rok 1955. Obowiązywały tzw. „nakazy pracy”. Duża część absolwentów kierowano na Ziemie Odzyskane. Były to tereny poniemieckie. Młodzi z centralnej Polski mieli tam rozwijać oświatę i szerzyć polskość. Jako, że uzyskałam bardzo dobre wyniki na dyplomie namówiono mnie na pracę w Szczecinie. Słabsze uczennice były kierowane do pracy na wsiach. Roztaczano przede mną wizję studiów i innych korzyści wynikających z pracy w mieście. Niestety rzeczywistość okazała się inna. Szczecin był bardzo zniszczony, stocznia cała w ruinach. Szkolnictwo wyższe w powijakach. Najpierw rozwijano oświatę na szczeblu podstawowym.   Poza tym było daleko od domu, bardzo tęskniłam. Jedyny pociąg Szczecin – Przemyśl był niesamowicie przepełniony. Czasem musieliśmy wsiadać przez … okno. Wytrwałam w tej pracy pięć lat.

Postanowiła Pani zatem wrócić?

Rzeczywiście, wróciłam do rodzinnej wsi. Chciałam ułożyć sobie życie. Dostałam pracę w szkole w Sokolnikach a potem w Mokrzyszowie. Równocześnie rozpoczęłam studia zawodowe w Rzeszowie. Była to matematyka.  I choć mówi się, że niedobrze uczyć  w swojej wsi, to ja uczyłam w niej  aż do emerytury.

Jak się Pani uczyło?

Na początku ciężko. Bardzo chciałam, by dzieci zrozumiały matematykę. Jest to jednak bardzo trudny przedmiot. Aby dobrze uczyć często jeździłam na różne szkolenia, lekcje otwarte prowadzone przez innych nauczycieli, czytałam książki metodyczne. Przygotowywałam dzieci do konkursów matematycznych, egzaminów wstępnych, prowadziłam kółko matematyczne.

Skąd u Pani zainteresowanie matematyką?

Dzięki tacie, który wciągał mnie do liczenia. Kazał mi liczyć np. snopki. Bardzo się cieszył, kiedy coś dobrze obliczyłam. Jeśli jednak on to zrobił dobrze i szybciej ode mnie miał dziką satysfakcję i mówił: „A widzisz, kto lepszy?”

Myślę, że była Pani świetnym matematykiem, skoro byli uczniowie mówią, że jak Pani wytłumaczyła, to umieją do dziś. Czy jest coś, co Pani szczególnie zapamiętała z tego okresu?

Były bardzo liczne klasy, nie było wolnych sobót.  Przydział godzin, czyli etat był wyższy niż obecnie. Dzieci chodziły do szkoły w jednakowych fartuszkach. Klasy I – IV w niebieskich z białym kołnierzykiem. A uczniowie od  klasy V wzwyż w granatowych. Dzieci były różne, zresztą podobnie jest i teraz. Szkolnictwo w Polsce było ciągle reformowane tak jak i dzisiaj Były zbiorcze szkoły gminne, planowano utworzenie tzn. dziesięciolatek. Wydłużono etap edukacyjny o jeden rok wprowadzając ósmą klasę. Pojawiły się w szkołach podstawowych oddziały zerowe. Do pracy przychodzili młodzi nauczyciele po studiach w konkretnej dziedzinie. Nastąpił kres nauczycieli tzw. omnibusów, którzy nauczali wszystkich przedmiotów.

W czasie wakacji z kolei prowadziłam tzw. dziecińce letnie, które miały swoją siedzibę w szkole. Były to zajęcia organizowane przez państwo, aby ulżyć kobietom w czasie wzmożonych letnich prac polowych. Było to coś w rodzaju półkolonii. Dzieci miały zapewnioną opiekę, wyżywienie, różne zajęcia, wycieczki, zabawy.

Wiem, że nauczanie nie było Pani jedynym zajęciem.

Tak, byłam radną Gromadzkiej  Rady Narodowej w Mokrzyszowie. Był to najniższy organ władzy w terenie. Również przez wiele lat pełniłam obowiązki   kuratora  sądowego dla nieletnich Sądu Powiatowego w Tarnobrzegu. Dzieci te popadły w kolizję z prawem. Potrzebny był im bezpośredni nadzór. Moje obowiązki polegały na monitorowaniu zachowania i wyników w nauce podopiecznych.  Realizowałam te zadania poprzez odwiedziny w domach, rozmowy z rodzicami i nauczycielami.  Przez kilka lat odwiedzałam w domu moich uczniów, którzy nie uczyli się i sprawiali trudności, często wchodzili w konflikt z prawem, potem pisałam sprawozdania do sądu. W większości przypadków tym młodym ludziom udawało się wyjść na prostą. Kończyli szkoły, zdobywali zawód, dorastali i zakładali rodziny.

Jak wyglądało życie w PRL-u. Co Pani najbardziej zapamiętała?

Wielką pracowitość ludzi z mojej miejscowości. Rano jechali do pracy w pobliskich zakładach przemysłowych, takich jak: Wisan, stolarnia, przetwórnia owocowo warzywna na Wymysłowie, FUM i później Siarkopol. Po pracy zawodowej przesiadali się na furmanki i jechali obrabiać swoje pola. Byli to tzw. chłoporobotnicy. Praca na roli była dodatkowym źródłem dochodów. Osoby migające się od pracy miały do czynienia z milicją.

Wiele rzeczy było niedostępnych na rynku. Zaczęliśmy budowę domu. Aby zakupić materiały budowlane trzeba było pisać prośby i czekać wiele miesięcy na decyzję. Kwitło łapówkarstwo i kumoterstwo. Wcale nie lepiej było z zakupem artykułów spożywczych. Trzeba było czatować „aż coś rzucą”, cukier, mąkę czy przysłowiowy papier toaletowy … Zaczęły powstawać Peweksy, gdzie można było coś kupić za dolary. Były one jednak dostępna dla wąskiej grupy społeczeństwa. W innych sklepach konieczne były znajomości, aby coś kupić „spod lady” A potem nastała era kartek żywnościowych na zakup mięsa, wędlin czy czekolady. Były to czasy dość spokojne, patrząc z mojej prowincjonalnej perspektywy. Czułam się bezpiecznie jako, że dużo podróżowałam pociągami i autobusami. Dużo chodziłam pieszo, bo nie miałam roweru. Jednoślady były jeszcze rzadkością.

Ale wytrwale trzymałam się swojego gnomonu, pokonując różne trudności. Ukończyłam studia wyższe z matematyki, ukończyliśmy budowę domu.

Wiem od Pani córki, że jest pani ogromną miłośniczka roślin.

Od lat ogród warzywny i kwiatowy to moja pasja. Jest powodem mojej dumy i satysfakcji. Z podziwem patrzę jak z małego nasionka wyrastają rośliny, które pięknie kwitną lub dają plony w postaci warzyw i owoców. Całe lato coś kwitnie i owocuje. Jedynie rudbekie i dzielżany niezmiennie cieszą żółtym kolorem wabiąc motyle, pszczoły i inne owady. Hoduję też zioła, takie jak: mięta, melisa, bazylia, szałwia, lubczyk i tymianek. Nadwyżkę warzyw przetwarzam na zapasy zimowe do słoików a zioła suszę. Ogród to moja odskocznia życiowa, dobrze mnie nastraja. To taki plasterek na moją duszę. Oprócz tego dostarcza mi ruchu a to jest bardzo ważne, zwłaszcza w moim wieku.

Zajmuję się też roślinami doniczkowymi. Już w styczniu zaczynam pędzić cebule amarylisów, których mam  pokaźną kolekcję. Szybko rosną i już na wiosnę mogę obdarować nimi rodzinę i znajomych. Również wczesną wiosną rozpoczynam sadzonkowanie pelargonii, które potem zdobią dom na zewnątrz.

Z czego jest Pani najbardziej dumna?

Bardzo się cieszę, że dożyłam tych lat w zdrowiu, w zgodzie z moimi zasadami i  nie zboczyłam z obranej drogi. Jestem wciąż ciekawa świata. Biorę udział w różnych programach przeznaczonych dla seniorów, np. organizowanych przez Estekę i Caritas Sandomierz pt. „Aktywny Senior”. W trakcie tych zajęć ukończyłam kurs komputerowy. Nauczyłam się korzystać z komputera i Internetu.

Uczęszczam na Uniwersytet  Trzeciego Wieku w Tarnobrzegu na wykłady o różnorodnej tematyce. Są to najczęściej spotkania z ciekawymi ludźmi.

Rodzina była dla mnie bardzo ważna. Piszę kronikę rodzinną i opracowałam drzewo genealogiczne do szóstego pokolenia wstecz. Jestem dumna z moich dzieci, wnuków, którzy ucząc się i pracując, pokonywali różne bariery, aby osiągnąć zamierzone cele.

Czym zatem się Pani w życiu kierowała?

Uważam, że każdy powinien mieć w życiu swój gnomon, według którego się kieruje. Człowiek musi mieć swój pion i realnie trzymać się swoich zasad a jednocześnie patrzeć w gwiazdy i  nie pozbywać się marzeń.

Pani Zofio – jak sobie Pani radzi w trudnych chwilach?

Dobrze jest mieć wtedy z kim porozmawiać, czasem wyjść z domu, choćby do ogródka czy do kościoła. Uważam, ze wiara, modlitwa jest mi bardzo potrzebna.

Lubi Pani podróżować?

Bardzo. Zawsze byłam ciekawa świata, chciałam podróżować. Swoje marzenia zrealizowałam na emeryturze. Przez ponad 20 lat co roku jeździłam na wycieczki. Byłam na Litwie, Słowacji, Czechach, na Węgrzech i na Ukrainie. Zwiedziłam też Polskę, wiele miast, wybrzeże i góry.

O czym jeszcze Pani marzy?

Tak naprawdę to marzę już tylko o spokojnej starości. O tym, żeby było dobre zdrowie. „Chwilo trwaj” – jak mówił Faust.

Życzę zatem, by nadal cieszyła się Pani dobrym zdrowiem. A może los jeszcze coś miłego dla Pani szykuje. Nigdy nic nie wiadomo. Dziękuję za rozmowę.