BLOG

Marzenia są po to, by je realizować – Angelika Rozmus-Dworzecka

Pani Angeliko – była Pani bankowcem, tzn. stateczną urzędniczką a tymczasem zastaję Panią przy … dekorowaniu tortu. Jak to się stało?

Oj, to była bardzo długa droga. Do banku poszłam zaraz po maturze. Najpierw odbywałam tam staż, ale tak zachłysnęłam się tą pracą,  że postanowiłam zostać.  Rozwijałam się i ciągle szkoliłam. Uwielbiam pracę z ludźmi, z którymi mam dobry kontakt. Wszystko było dobrze ale zmiany, które następowały w banku nie do końca mi odpowiadały i chyba pomału zaczynało do mnie docierać, że to jednak nie moje miejsce, ale – jak to zazwyczaj bywa – każdy zagryza zęby i idzie do przodu.

Nie lubi Pani zmian?

Nie, to nie tak. Nie boję się zmian, wręcz nawet je lubię, bo to zazwyczaj wiąże się z nowymi wyzwaniami, ale te zmiany powodowały, że zanikało człowieczeństwo, które dla mnie w pracy jest bardzo ważne. Wiele mogłabym opowiadać, jak wygląda praca w korporacji, ale nic nowego bym pewnie nie powiedziała.

W pewnym momencie (był rok 2013) zorientowałam się, że czas na zmiany. Nie może  być przecież tak, że wstaję rano i na myśl o wyjściu do pracy zaczynam płakać. Miałam już naprawdę wszystkiego dość.

W dodatku mój tato bardzo poważnie zachorował a ja uszkodziłam łękotkę i dwa tygodnie spędziłam w szpitalu.  Miałam dużo czasu na przemyślenia Kiedy wychodziłam ze szpitala byłam już zdecydowana, że choćby nie wiem co się działo, to po nowym roku zwolnię się z pracy.

Okazało się jednak, że to jeszcze nie był odpowiedni czas.

Tak, los szykował mi inną niespodziankę – byłam w ciąży. Ucieszyłam się, choć przyznaję, że moja radość była umiarkowana, ponieważ była to moja kolejna ciąża a wcześniejsze, niestety, nie zakończyły się sukcesem 🙁 Tym razem jednak było inaczej. Okazało się, że wszystko jest dobrze i są naprawdę duże szanse, że urodzę to dziecko. Na polecenie lekarza zrobiłam badania prenatalne i wówczas okazało się, że moje dziecko będzie miało zespół Downa. Wiedziałam jednak, że i tak je urodzę – za długo na nie czekałam, by teraz tak po prostu z niego zrezygnować. Gdy poczułam pierwsze ruchy, płakałam ze szczęścia a mąż razem ze mną.   Poród zaczął się dużo wcześniej niż był planowany. Ze względu na ciążę wysokiego ryzyka rodziłam w szpitalu w Rzeszowie. Pamiętam, że bardzo się bałam, ponieważ zarówno mi jak i mojemu mężowi śniło się, że umarłam przy porodzie. Na szczęście Pan Bóg czuwał nade mną, gdyż – jak widać – nie umarłam. W dodatku kiedy obudziłam się po narkozie na sali siedział uśmiechnięty mąż, który, trzymając mnie za rękę, powiedział: „Jest piękna i zdrowa”. Tak, zdrowa. Okazało się, że nie potwierdziły się wyniki badań. Byłam szczęśliwa. Wiedziałam, że ta mała istotka zapełni pustkę, jaka zrobi się po odejściu mojego taty, który zmarł pół roku później. Zdążył jeszcze zobaczyć upragniona wnuczkę, na którą tak bardzo czekał.

Narodziny dziecka często zmieniają nasze życie. Tak pewnie było również w Pani przypadku?

O tak. Teraz już byłam pewna, że czas na zmiany i to duże zmiany. Po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy, ale ponieważ nic się nie zmieniło na lepsze, postanowiłam się zwolnić. Wypowiedzenie pisałam ze łzami w oczach.

Czy miała juz Pani jakiś pomysł na siebie?

Nie, nie miałam pomysłu. Nie wiedziałam jeszcze, co chcę robić. Na razie wiedziałam, czego nie chcę.

Skąd się zatem wziął pomysł stworzenia Czekoladowej chatki?

Kiedy zwolniłam się z pracy wyjechaliśmy w Bieszczady. Bardzo chciałam odpocząć, jeszcze raz przemyśleć wiele spraw. I wtedy ktoś podsunął mi pomysł, żebym obejrzała film pt. „Czekolada”. Kiedy to zrobiłam, poczułam się jakbym dostała obuchem w głowę. Wiedziałam, że to jest to, czego szukam.

Postanowiła Pani otworzyć własną firmę produkującą czekoladę?

Niezupełnie. Zaczęłam jednak działać.  W Urzędzie Pracy skorzystałam z dofinansowania i zapisałam się na kurs cukiernika. Postarałam się również o dotację z Agencji Rozwoju Regionalnego.

Co na to Pani rodzina, znajomi?

Wiele osób pukało się w głowę. mówili, że to nie wyjdzie, że wiele firm otwiera się i szybko plajtuje; że owszem pomysł może i dobry, ale na pewno nie w takiej mieścinie jak Tarnobrzeg.  Nawet mój mąż patrzył na to sceptycznie.

Pani się jednak uparła i … dopięła swego.

Tak, tego nauczył mnie mój tata. Gdyby żył na pewno by mi kibicował i mocno trzymał kciuki. Przyznaję jednak, że były takie momenty, w których płakałam. Miałam wrażenie, że ciągle ktoś rzuca mi kłody pod nogi. Absurd gonił absurd, ale miałam marzenia i bardzo chciałam je realizować. Na szczęście na mojej drodze pojawili się ludzie, którzy mi pomogli, tak po prostu, bezinteresownie.

Nie bała się Pani konkurencji?

Nie, kiedyś może bardziej się spinałam i obawiałam się wielu rzeczy, teraz dałam na luz.

Skąd pomysł nazwania manufaktury Czekoladowa chatka?

Początkowo miała być Czekoladowa Abigail, od imienia mojej córki. Niestety, nie wszyscy wiedzą, kim była Abigail. Potem miała być Chatka Baby Jagi, ale … nie chciałam wystraszyć dzieci. W końcu została Czekoladowa chatka. Wreszcie z uśmiechem idę do pracy.

Na pewno prowadzenie własnej firmy jest bardzo trudne.

Tak, nie jest to proste i codziennie tego doświadczam, ale sprawia mi to ogromną frajdę. Codziennie czekają mnie różne wyzwania.

Skąd  Pani czerpie pomysły na różne, czasem dziwne smaki?

Bardzo lubię eksperymentować ze smakami, dlatego każdego dnia moje ciasta, torty i oczywiście czekoladki przechodzą różne testy smakowe i ku mojemu zaskoczeniu te moje wyroby mają coraz więcej zwolenników.

Co na to wszystko Pani mąż?

I to jest największe zaskoczenie. Otóż mój mąż, który był tak sceptycznie nastawiony do mojego pomysłu (który od wielu lat pracuje w budowlance wykończeniowej) zaczął mi pomagać przy produkcji czekoladek!!! I w tym momencie jest na etapie przebranżawiania się i jedzie już na pierwsze szkolenie z czekolady.

Czekoladowa Chatka zatem zmieniła nie tylko Pani życie.

Zgadza się. Zmieniła również życie mojego męża, nasze życie, ale zmienia też innych. I jak moja bohaterka z filmu ,,Czekolada” wnosiła mnóstwo pozytywnej energii, którą zarażała wszystkich, tak i ja myślę, że tak robię (śmiech).

Oprócz robienia czekoladek i innych słodkości ma Pani jeszcze jedną pasję.

Tak, jest nią sport. Mój tato był piłkarzem Stali Kraśnik i to on od dziecka dbał, abym i ja pokochała sport. No i tak się stało – uprawiałam pływanie, do którego powróciłam 4 lata temu. W międzyczasie z mężem uczyliśmy prawidłowo chodzić z kijami w stowarzyszeniu Nordic Active, gdyż jesteśmy instruktorami nordic wal king. Ostatnio jednak nie mamy na to czasu.

I odnosi Pani duże sukcesy.

Czy duże to nie wiem, ale rzeczywiście kilkukrotnie byłam mistrzynią Polski.

Czy ma Pani swój ulubiony styl, dystans?

W zasadzie nie; moimi koronnymi dystansami jest styl zmienny, klasyczny i motylkowy.

Co Pani daje pływanie?

Uwielbiam pływać. Codziennie o 6 rano jestem już na basenie na treningu. Co mi daje pływanie? Hmmm, przede wszystkim odstresowuje mnie, uczy walki do końca i pomaga utrzymać dobra kondycję. No i mam możliwość poznawania fantastycznych osób na różnych zawodach.

Z czego jest Pani najbardziej dumna?

Chyba z kogo (śmiech). Oczywiście z mojego szkraba. Jest niesamowita. kiedyś jak zwykle czytałam jej bajeczkę na dobranoc. Tym razem była wyjątkowo długa. Po skończeniu powiedziałam; „No Abi, dałyśmy radę” a ona na to ” „Mamusiu, jestem z Ciebie dumna”. Czyż to nie jest piękne?

Nie zawsze jest jednak tak pięknie. Czasem przychodzą trudne chwile. Ma Pani na nie jakiś sposób?

Dużą odskocznią jest dla mnie pływanie, o którym juz mówiłam. Ważną sprawą jest również modlitwa. Poza tym każdy problem staram się rozłożyć na czynniki pierwsze i wówczas łatwiej znaleźć jakieś rozwiązanie.

Nigdy nie zrobiłabym …

Nie ma takiej rzeczy, bo nigdy nie wiadomo, co nas czeka, jak zachowamy się w danej sytuacji.

Największe szaleństwo w Pani życiu …

Było ich dużo, ale niech to zostanie owiane mgłą tajemnicy.

Pani motto życiowe to ……

Żeby nie wiem, co się działo trzeba być uśmiechniętym (czasem jest to uśmiech przez łzy) i pamiętać tylko dobre rzeczy. Nawet w negatywnych doświadczeniach należy szukać pozytywów. Brzmi jak wariactwo, ale tak jest J

I jeszcze jedno – trzeba spełniać swoje marzenia i nie dać sobie wmówić, że na coś jesteśmy już za starzy.

Pozostaje mi zatem zapytać o Pani plany i marzenia.

Chciałabym, aby moja Czekoladowa chatka nadal się rozwijała, żebym tworzyła nowe smaki, Żebym miała coraz więcej zadowolonych klientów. no i oczywiście, żebym realizowała kolejne pomysły, których jeszcze mam całkiem sporo.

Oczywiście tego Pani życzę. Dziękuję za rozmowę.