BLOG

Miłośniczka kultury antycznej – Marzena Jarzyna

„Nie ma czegoś takiego, jak przypadek. Cóż to bowiem jest przypadek? To tylko usprawiedliwienie tego, czego nie jesteśmy w stanie zrozumieć” W. Myśliwski, „Traktat o łuskaniu fasoli”

marzenaPani Marzeno – ze zdziwieniem odkryłam, że ma Pani 3 imiona…

Nawet 4! Marzena (wybór taty) Seweryna (wybór babci) Małgorzata (dodatek mamy) Anna (własny wybór na bierzmowaniu).

Co zatem osoba o tylu pięknych imionach może powiedzieć o swoim życiu ?

O moim życiu można by powiedzieć, że ukształtował je przypadek, ja jednak jestem głęboko przekonana, że to wola Niebios. Starożytni mówili, że „fortuna caeca est” (los jest ślepy), bardziej jednak przekonujące jest „fortes fortuna iuvat” (los sprzyja śmiałym). Mogę o sobie powiedzieć, że jestem dziewczyną, która chciała już jako 5-latka być nauczycielką, w szkole podstawowej, zafascynowana lekturami serii „O7 zgłoś się”, myślała, by zostać milicjantką    (ale w Szczytnie nie przyjmowano wówczas dziewcząt na inne kierunki jak tylko do drogówki). Pod wpływem Oazy zaangażowałam się w działalność na rzecz osób niepełnosprawnych i stąd jakieś ukierunkowanie na pedagogikę specjalną albo życie kontemplacyjne.

Jak zatem potoczyły się Pani losy?

Szkołę średnią wybrałam, kierując się bardziej przyjaźnią niż zdolnościami i stąd zamiast „mat-fizu” trafiłam na „human”. Bardziej konkretne były jednak w ostatniej klasie liceum myśli o medycynie i niewiele brakło, by je zrealizować. Zdany egzamin uprawniał mnie do pójścia na stomatologię, farmację, analitykę, ale, skoro nie mogłam zostać „Judymem w spódnicy”, a poważne problemy zdrowotne zdecydowanie ograniczyły moje perspektywy zawodowe do spokojnego kierunku, to, wspominając swój udział w Olimpiadzie Języka Łacińskiego, wybrałam filologię klasyczną na KUL. Miałam potem w zaciszu domowym parać się tylko tłumaczeniami z greki i łaciny.

A jednak stało się trochę inaczej.

Tak, powróciła myśl o powołaniu Stasi Bozowskiej i wskutek różnych okoliczności trafiłam w 1993 r. do tarnobrzeskiego „Hetmana”, w którym pracuję do dziś. Skończyłam w międzyczasie wiele studiów podyplomowych, kursów i warsztatów doskonalących. Zdobyłam uprawnienia do uczenia języka polskiego, zarządzania oświatą. Uczyłam też wiedzy o kulturze, a nawet przez jakiś czas języka francuskiego. Dobrze się czuję, wykonując swój zawód – po prostu lubię uczyć.

To nie jedyne zajęcie, którym się Pani zajmuje?

Zgadza się. Przez wiele lat prowadziłam lektorat w Instytucie Teologicznym i w Wyższym Seminarium Duchownym w Sandomierzu, a także w sandomierskim PWSZ. A ostatnio wróciłam do swoich pierwszych pomysłów, czyli podjęłam studia z zakresu spektrum autyzmu. Zajmuję się też korektą różnych tekstów, książek.

Z zamiłowania jestem ciocią dla moich krewniaków, jak również dla dzieci znajomych. Mam 6 chrześniaków, z czego 5 to dzieci moich koleżanek.

Ostatnio wycofano łacinę praktycznie z każdej szkoły. Co Pani o tym myśli?per aspera

Osobiście duże znaczenie przywiązuję do wartości świata antycznego, a jeszcze bardziej do chrześcijańskich korzeni naszej europejskiej i polskiej kultury. Jak wielu humanistów twierdzę, że bez znajomości starożytności nie zrozumiemy procesów społecznych, kulturowych itp. Propagując takie podejście, przy bardzo przychylnym nastawieniu dyrekcji, udało mi się wprowadzić w „mojej szkole” we wszystkich klasach pierwszych obowiązkowe zajęcia nazwane elementami języka łacińskiego i kultury antycznej, do których opracowałam autorski program. Uczniowie mają okazję poznać słownictwo i podstawy gramatyki w takim stopniu, by poradzić sobie z tłumaczeniami prostych zwrotów typu „errare humanum est”(błądzenie jest ludzkie). Wielu uczniów po latach przyznaje, że te kilkadziesiąt opanowanych zwrotów pomogło im w różnych sytuacjach życiowych, a przede wszystkim w nauce języków obcych.

Co jest dla Pani ważne w życiu?

Co jest dla mnie ważne? Drugi człowiek, pojawiające się problemy i szukanie sposobów, jak sobie z nimi radzić. Nie poddaję się trudnościom, czasem w myśli hasła „aut vincere, aut mori”(albo zwyciężyć, albo umrzeć). Jeśli sama nie potrafię znaleźć skutecznych środków, to odsyłam do innych. Cieszę się dużym zaufaniem wielu osób, którym staram się doradzić w różnych sprawach (nauki, zdrowia, życiowych wyborów itp.). To zgodnie z imieniem, którego patronką jest Maria Dobrej Rady. „Qui monet, quasi adiuvat” (kto udziela rady, to tak, jakby udzielał pomocy).

Czy ktoś miał wpływ na Pani życie?

Osoby, które miały na mnie największy wpływ …. moja prababcia Bronisława Niedźwiecka z domu Lewandowska oraz moja pani dyrektor Maria Orzeł – Łysiak…. Babcię, która nie pozwoliła mówić o sobie „prababciu”, ceniłam za życiową mądrość, którą dzieliła się z innymi i przez co była bardzo poważana w swoim środowisku. Moją panią Dyrektor za wszechstronne zainteresowania, umiejętność podjęcia rozmowy na każdy temat oraz niesamowitą dyplomację; za to, że dala szansę młodej nauczycielce z 5-letnim stażem i pozwoliła odkryć w sobie umiejętności organizacyjne.  Szczególną osobą jest dla mnie również mój tata, który zawsze zachęcał  mnie, bym nigdy się nie poddawała i dążyła do realizacji marzeń. Pomagał mi, gdy uczyłam się czytać i buntowałam się, składając pierwsze litery. Jak również był przy mnie, gdy uczyłam się jeździć na rowerze, spadłam i nie chciałam więcej wsiąść. To również on nauczył mnie jeździć samochodem, zanim zdobyłam prawo jazdy. Dlatego trudno teraz przyjąć jego chorobę i pogodzić się z brakiem kontaktu.

Angażuje się Pani również społecznie …

Tak. Robię to w zasadzie od zawsze. już jako nastolatka byłam wolontariuszką w zakładzie opiekuńczym w Mokrzyszowie. Pozostało mi to do dziś. Szkoła, w której pracuję, współpracuje z Domem Dziecka w Skopaniu. Włączamy się zatem do wielu akcji, np. co roku przygotowujemy dla każdego dziecka paczkę mikołajkową – takich paczek robimy sporo, bo około 50.

Angażuję się również w sprawy osób starszych, zwłaszcza z chorobą Alzhaimera, ponieważ właśnie na nią zachorował mój tata. Jestem członkiem Podkarpackiego Stowarzyszenia Pomocy Osobom z Chorobą Alzheimera, a przez dwie kadencje pełniłam nawet rolę członka Zarządu. Chcę,  a właściwie jako Stowarzyszenie chcemy popularyzować wiedzę o tej chorobie, która niestety dotyka coraz więcej osób, ale na pewno nie jest zaraźliwa!

Pani hobby?

jarzynaRóżnorakie, od języków obcych, badania pochodzenia słów, szukania ciekawych zwrotów (np. na cmentarzach), przez medycynę (także niekonwencjonalną, np. leczenie metodą BSM), nowinki techniczne, do zwiedzania i poznawania świata. Lubię ponadto organizować różnego rodzaju spotkania (np. rocznice matur), czy też  pełnić rolę przewodnika-amatora na wycieczkach. Kiedy czegoś nie wiem, to szukam do skutku – „finis coronat opus” (koniec wieńczy dzieło).

Lubię też pisać tradycyjne listy i kartki czy to z okazji świąt, rocznic, czy kartki z wakacji, całe zapisane moim drobnym pismem.

Jak śmiała się koleżanka ze studiów, mieszkająca na wsi, jej pan listonosz prosił, bym pisała większymi literami, bo on tak lubi czytać informacje ode mnie , a wzrok mu słabnie.

Czego by Pani nigdy nie zrobiła?

Na pewno nie skrzywdziłabym drugiego człowieka, jak w przysiędze Hipokratesa „primum non nocere” (po pierwsze nie szkodzić). Nawet widząc cierpienie bliskiej osoby, nie podałabym środka skracającego życie.

Pani motto życiowe to …

„Dum spiro, spero” (póki oddycham, mam nadzieję).

Największy sukces?

Sukces? To, że w ogóle żyję i chodzę. Borykałam się z różnymi zdrowotnymi problemami (których nie ma końca), przez prawie rok czasu nie chodziłam, więc tym bardziej cenię to, co udało mi się osiągnąć. A teraz wręcz w nadmiarze jeżdżę, chodzę (podróżnicze ADHD), coraz częściej jednak nie tylko dla przyjemności, a raczej z powodu licznych obowiązków.

Za sukces również mogę uznać tytuły przyznane mi przez młodzież „najbardziej cierpliwego nauczyciela” oraz „logistyka wszechczasów”.

Życie to jednak nie tylko sukcesy. Czasem przychodzą trudne chwile. Jak sobie Pani wtedy radzi?

Jak sobie radzę w trudnościach? Może nie jest to popularne we współczesnym świecie, ale dla mnie najważniejsza jest modlitwa i całkowite zawierzenie Najwyższemu. Jak u Benedyktynów – „Ora et labora” (módl się i pracuj), a wszystko się ułoży. W trudnych sytuacjach zawsze mogę liczyć też na rodzinę  (na mamę, siostrę i brata) oraz na przyjaciół, którzy dzielą trudy i mnożą radości.

Co zrobiła Pani w swoim życiu najbardziej szalonego?

Hmmm – może dla innych nie jest to szaleństwem, ale dla mnie to było szalone. Chodzi to wyjazd na rozmowę do sióstr na Gródku, gdy powiedziałam rodzicom, że jadę do koleżanki. A że kłamstwo ma krótkie nogi, to na dworcu w Krakowie spotkałam sąsiada, który widział mnie w towarzystwie zakonnicy i nie omieszkał powiedzieć mamie.

Ale może bardziej szalone to szaleńcza jazda do Krakowa, kiedy mój tata, mający problemy z pamięcią, uciekł ze szpitala i trzeba go było szukać na ulicach miasta. Pobiłam rekord życiowy, dojeżdżając do Krakowa w godzinę i ciut (bardzo mały ciut!). Był to Wielki Czwartek w kwietniu 2007 roku. Został znaleziony w szpitalnej piżamie, kapciach i szlafroku przez przypadkowego człowieka na budowie Ronda Lubicz, a że miał ze sobą kartkę z numerem mojego telefonu, to szybko uzyskałam informację, że jest cały i zdrowy. A z panem, który go znalazł, do tej pory mamy telefoniczny kontakt, wymieniając informacje i okolicznościowe życzenia. Dobrze, że przy tej jeździe nie było fotoradarów ani innych patroli. Jak również ruch był w miarę spokojny, gdyż udało się bezpiecznie dojechać. W ogóle to jeżdżę bezpiecznie, mając prawo jazdy 30 lat, nie miałam żadnego wypadku ani stłuczki. Zaliczyłam tylko jakiś płotek przy cofaniu.

No to miała Pani szczęście.

Tak, dużo szczęścia, bo ta przygoda mogła się różnie skończyć.

Książka czy film ?

Zdecydowanie książka, papierowa, pachnąca jeszcze farbą drukarską. I to czasem kilka czytanych na raz – rano coś z filozofii, w ciągu dnia artykuły związane z zawodem, ze zmieniającymi się przepisami, popołudniu jakaś pozycja z historii, polityki czy geografii, a do snu coś totalnie luźnego, czyli romansidło lub dobry kryminał starej szkoły, czyli Artur Conan Doyle, Agata Christie czy Joe Alex. „Bardzo wiele książek należy przeczytać po to, aby uświadomić sobie, jak mało się wie” (M. Gogol). „Qui legit, intelligat” (kto czyta, niech zrozumie). Czytam codziennie, a każdy dzień zaczynam od … brewiarza.

To takie trochę nietypowe …

Może i tak, ale proszę pamiętać, że myślałam kiedyś o życiu kontemplacyjnym. Tak więc w jakiś sposób to do mnie wróciło.

Pozostaje mi zatem zapytać o Pani marzenia?

Marzenia – na pewno podróż do Sankt Petersburga (mimo szkolnej rusyfikacji, mam ogromny sentyment do rosyjskiego języka, nawet przeczytałam „Annę Kareninę” w oryginale), może wydanie książki z artykułami o zwiedzanych przeze mnie kościołach Rzymu (drukowanymi kiedyś w sandomierskim „Powołaniu”) albo, jak namawiają mnie przyjaciele, wspomnienia z moimi życiowymi przygodami w podróżach (łącznie z pragnieniem, by pokierować tirem). Jak czasem „pół serio, pół żartem” mówię, poszłabym jeszcze na medycynę, gdyby miał mnie kto na niej utrzymać. „Medice, cura te ipsum” (lekarzu, lecz się sam).