BLOG

Niezwykle utalentowana sopranistka, zwyciężczyni 52. Międzynarodowego Konkursu Wokalnego im. Antonina Dvoraka w Karlovych Varach- Sonia Warzyńska

fot. Marta Rączka

Kiedy dowiedziałam się, że z Tarnobrzega pochodzi kobieta o pięknym operowym głosie, natychmiast postanowiłam zrobić wszystko, by przeprowadzić z nią wywiad. I oto moje kolejne marzenie się spełnia.

Dziękuję. Bardzo mi miło.

Zaczniemy może od początku. Jak to się stało, że znalazła się Pani w operze?

Moja przygoda z muzyką zaczęła się już od szkoły podstawowej. Chodziłam jednocześnie również do Szkoły Muzycznej 1 stopnia, tylko, że wówczas wybór padł na skrzypce. Bardzo chciałam grać na tym instrumencie. Rodzice zgodzili się i mogłam spełniać swoje marzenia, choć przyznam, że kosztowało mnie to wiele wyrzeczeń. Rano chodziłam do – nazwijmy to – normalnej szkoły a popołudniami do muzycznej. Czasu dla siebie pozostawało więc niewiele.

Dlaczego wybrała Pani właśnie skrzypce?

Mój pradziadek kiedyś na nich grał – może zatem dostałam to w genach? Przyznaję, że w brzmieniu tego instrumentu jest coś, co mnie zawsze urzekało, jakaś płaczliwość, wzruszenie. W żadnym innym instrumencie tego nie znalazłam.

Żeby grać na skrzypcach, trzeba mieć podobno fenomenalny słuch.

Rzeczywiście, tu wszystko zależy od umiejętności grającego, bowiem nie ma tu „gotowych wysokości dźwięków”: progów jak w gitarze ani klawiszy jak w fortepianie – wysokość dźwięków generujemy sobie sami a ich czystość i jakość zależy wyłącznie od nas.

Kiedy mowa o skrzypcach, zawsze przypomina mi się Janko Muzykant z noweli Henryka Sienkiewicza, któremu wszystko grało. Czy Pani też tak ma?

Tak, mnie również wszystko gra. Muzykę słyszę dosłownie wszędzie – w szumie drzew, fal morskich. Lubię siedzieć na plaży i słuchać, co ma mi do powiedzenia morze. Uwielbiam również słuchać śpiewu ptaków – uważam, że to naprawdę najwspanialsi muzycy na świecie. Są dla mnie nieskończonym źródłem inspiracji nie tylko ogólnomuzycznej, ale i wokalnej.

Oprócz gry na skrzypcach zaczęła Pani również śpiewać.

Moja przygoda z wokalem zaczęła się od scholi dominikańskiej. Gdy miałam 14 lat zwerbował mnie do niej o. Wojciech Krok i samo się potoczyło. Śpiewanie zaczęło sprawiać mi coraz większą przyjemność.

Kiedyś ze scholą pojechaliśmy na warsztaty doszkalające  i tam usłyszała mnie dziewczyna, która te warsztaty prowadziła. Powiedziała, ze mam piękny, donośny głos i zapytała, czy nie chciałabym śpiewać w operze. Na początku roześmiałam się i powiedziałam, że chyba nie. Zawód śpiewaczki operowej nie kojarzył mi się dobrze a świat muzyki klasycznej wydawał mi się w tamtym czasie zbyt dumny i „sztywny”. Ta myśl jednak nie dawała mi spokoju i po jakimś czasie stwierdziłam, że właściwie dlaczego nie?! Trochę trudny kawałek chleba (trema, nieustanne bycie ocenianym, ogromna konkurencja), ale zdecydowałam, że spróbuję. Dostałam się do Akademii Muzycznej w Krakowie i wtedy poszło już pełną parą.

Czy studia muzyczne spełniły pokładane w nich nadzieje?

Tak, jeszcze bardziej pokochałam muzykę. Bardzo zainteresowała mnie jej historia i cała strona teoretyczna. Nigdy nie odczułam, żebym miała jej dość. Może to wynik tego, że muzyka nigdy nie zajmowała w 100 procentach  mojego życia? Zawsze miałam coś poza nią. Jakąś inną pasję „po godzinach”.

Kto jest Pani ulubionym kompozytorem, kogo/czego Pani najchętniej słucha?

Mam trzech ulubionych kompozytorów – Piotr Czajkowski, Giacomo Puccini i Giuseppe Verdi. Ich muzyka jest tak piękna i poruszająca, że płaczę prawie za każdym razem, gdy ją słyszę. Mogę ich słuchać bez końca.

„Wesele Figara” Opera Krakowska fot. ARTMILL

Kiedy przyszła tzw. wielka scena?

Pierwsze w pełni operowe doświadczenie miałam jeszcze w czasach studenckich w Operze Krakowskiej. Było to „Wesele Figara” Wolfganga Amadeusza Mozarta, w którym wcieliłam się w rolę Zuzanny. Miałam wyuczoną rolę, byłam przygotowana aktorsko, miałam na sobie piękny kostium. Kiedy stałam za kulisami i czekałam na swoje wejście, pomyślałam sobie: „albo znajdę w tym przyjemność albo to nie dla mnie”. Wyszłam na scenę, zaśpiewałam pierwsze dźwięki i nagle poczułam, że przestałam być Sonią Warzyńską a stałam się Zuzanną. Nie istniałam już jako prywatna osoba, lecz postać. Było to cudowne doświadczenie. Poczułam, że to jest naprawdę to, co chcę robić.

Jak Pani przygotowuje się do roli?

Przede  wszystkim trzeba zapomnieć o sobie. Trzeba poznać postać, którą ma się grać, doszukać się w libretcie  informacji o niej, a jeśli ich nie ma, lub są zbyt „ubogie” – historię należy dorobić sobie samemu. Oczywiście taką historię, która ma sens. Gdy mam już swój pomysł na postać spotykam się z reżyserem i dyskutujemy. Każde z nas przedstawia swoją wizję i razem dochodzimy do kompromisu, którego efekt widać na scenie.

Spektakl „Dydona i Eneasz”, Teatr Wielki w Poznaniu, Joanna Radziszewska, Sonia Warzyńska, fot.Magdalena Ośko

Rola, która – do tej pory – zapadła Pani szczególnie w pamięci to …

Rola Dydony w „Dydonie i Eneaszu” Henry’ego Purcella. Było to bardzo trudne doświadczenie, ponieważ grana przeze mnie bohaterka na końcu sztuki umiera z żalu za utraconą miłością. Nie było to może aż tak trudne technicznie do zagrania na scenie, ale dość ciężkie emocjonalnie. Postać ta razem ze swoją złożonością, problemami i żalem długo jeszcze „chodziła za mną”.

Czy grana rola ma wpływ na Pani życie?

Ma, ale – na szczęście – nietrwały. Na pewno wtedy, gdy przygotowuję się do niej i niedługo po spektaklu. Podczas przygotowań dużo myślę o postaci, analizuję ją, zastanawiam się, jak ją zagrać, więc czasem mogę wydawać się nieobecna w kontakcie z ludźmi, których spotykam. Mimo to jednak staram się nie przenosić sceny do życia prywatnego. I na odwrót.

Zapytam teraz, jak długo przygotowuje się Pani do jakiejś roli?

To zależy od czasu, jaki mam. Jeżeli np. wiem, że mam go dużo, załóżmy, że próby ruszają za 2 miesiące, ja w tym czasie mam nie tylko „wyuczoną” rolę, czyli wśpiewaną i opanowaną pamięciowo, ale również pomysł na tę postać; wiem też mniej więcej, jak ją zagram. Oczywiście nie mogę przywiązywać się zbyt mocno do swojej wizji dotyczącej danej roli, ponieważ na spotkaniu z reżyserem zazwyczaj pojawiają się jeszcze inne, dodatkowe pomysły i muszę mieć głowę otwartą na jego propozycje. Trzeba być elastycznym.

Czasem zdarza się jednak, że nie mam tyle czasu, ile bym chciała, ponieważ nagle trzeba kogoś zastąpić, „wskoczyć w spektakl” i wtedy też muszę dać radę.

Z tego co wiem, śpiewa Pani sopranem.

Tak, śpiewam sopranem. Ale samo określenie głosu jako „sopran” nie wystarczy. W obrębie sopranu wyróżniamy bowiem kilka odmian. Ja śpiewam sopranem lirycznym, dlatego najczęściej przypadają mi role romantycznych nieszczęśliwie zakochanych kobiet. Bardzo dobrze czuję się w długich nutach, które mogę wysmakować, wysublimować i wycieniować w zależności od tego, jaką postać gram i jak sama w danej chwili się czuję. Podczas studiów byłam jednak prowadzona na sopran liryczno-koloraturowy i ta ruchliwość, której wymaga koloratura, czyli szybko śpiewane nuty (najczęściej szesnastki) nadal w moim głosie jest.

Czy da się zrozumieć, co śpiewa sopranistka?

Zależy od zdolności sopranistki (śmiech) oraz – oczywiście – od języka, w którym śpiewa. Abstrahując jednak od spraw językowych: dykcja jest problemem nie tylko sopranistek, ale ogólnie śpiewaków operowych. Choć i u wokalistów zajmujących się muzyką rozrywkową również nieraz trzeba się mocno skupić, zanim zrozumie się o czym śpiewają.

Wyraźne śpiewanie jest trudne, ale wykonalne. To zależy nie tylko od dobrej dykcji, ale również od natężenia w brzmieniu akompaniamentu. O wiele łatwiej jest wyśpiewać tekst pieśni wykonywanej z towarzyszeniem fortepianu; dużo trudniej o wyrazistość tekstu, gdy śpiewa się z całą orkiestrą – jest to potężny organizm instrumentalny, który utrudnia nieco prawidłowe wyprowadzanie spółgłosek, a same samogłoski niestety nic słuchaczowi nie powiedzą.

Czy czuje Pani, że jest w elicie?

Zaskoczyła mnie Pani tym pytaniem. Nigdy o tym tak nie myślałam. Na pewno jest nas niewiele.

Co Pani czuje, gdy pojawia się na scenie?

Wychodzę na scenę i myślę sobie: ”Boże, jak mi dobrze”.

Rola, o której Pani marzy?

Dużo jest takich ról, ale pierwsza, która przychodzi mi teraz do głowy to Mimi z „Cyganerii” Giacomo Pucciniego. Marzę jeszcze, by zagrać Tatianę z „Eugeniusza Oniegina” Piotra Czajkowskiego. Wiem, że na Tatianę muszę jeszcze poczekać, bo głos nie jest jeszcze gotowy do tej roli, ale marzyć zawsze można. „Eugeniusz Oniegin” to moja ukochana opera. Powiem w sekrecie, że zauroczona językiem rosyjskim oraz historią Tatiany i Oniegina nawet sięgnęłam po dramat Puszkina i przeczytałam go w oryginale.

Przed koncertem w Konsulacie Polskim w Nowym Jorku archiwum prywatne.

Gdzie możemy Panią zobaczyć i usłyszeć?

Można mnie było usłyszeć w Operze Krakowskiej, w Poznaniu, Wrocławiu, Gdańsku, śpiewałam też w Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego. To miejsce elitarne; występować tam to ogromne wyróżnienie i zaszczyt.

Występowałam również we Francji i w Stanach Zjednoczonych.

Niestety moja praca wiąże się z wieloma wyjazdami. Nie mam jednej placówki kulturalnej, z którą współpracuję na stałe.

Czym Pani się obecnie zajmuje?

Przygotowuję różne role, które mam w planie zagrać, jeżdżę na kursy doskonalące mój głos, biorę udział w przesłuchaniach i konkursach. Właśnie wróciłam z 52. Międzynarodowego Konkursu Wokalnego im. Antonina Dvoraka w Karlovych Varach, w którym zajęłam 1. miejsce w kategorii Opera (Kobiety).

Przygotowuję się również do nagrania płyty z pieśniami polskich kompozytorów. Mam już dźwiękowca i pianistkę. Brakuje tylko czasu, ale i to w końcu się znajdzie.

Czy – poza operową – słucha Pani innej muzyki?

Oczywiście. Słucham bardzo różnorodnej muzyki. Od filmowej aż po rocka. Od kilku lat kocham zespół Queen, podziwiam Freddiego Mercury. Lubię oglądać ich stare koncerty, fascynuje mnie zwłaszcza charyzmatyczny Freddie, który dawał publiczności ogromną energię a jednocześnie tę energię czerpał od niej dla siebie. Niesamowite!

Ostatnio zauroczyła mnie również Norah Jones. Urzekła mnie swoją delikatnością, emocjonalnością i kulturą muzyczną. Od jakichś dwóch miesięcy „choruję” na nią. Słucham codziennie.

fot. Zofia Baranowska

Wiem, że poza muzyką lubi Pani czytać książki, ponieważ prowadzi Pani bloga „Sonia czyta”.

Miłość do książek zaszczepił mi w liceum mój ówczesny chłopak – obecnie narzeczony. Potem złapałam bakcyla i tak już zostało. W pewnym momencie zorientowałam się, że czytam naprawdę mnóstwo książek, ale dużo szczegółów mi ucieka, szczególnie gdy chciałam którąś książkę polecić komuś znajomemu. Czasem brakowało mi argumentów. Niestety, pamięć mam słabą. Założyłam zatem zeszyt, w którym zapisywałam sobie, dlaczego warto przeczytać książkę i polecać ją innym. Na jednym z wyjazdów chciałam polecić koleżance jakąś książkę, ale zorientowałam się, ze nie mam przy sobie mojego zeszytu i wówczas wpadłam na pomysł pisania bloga, dzięki któremu recenzje mogłabym mieć zawsze przy sobie, w Internecie. Początkowo prowadziłam go tylko dla siebie a potem udostępniłam dla wszystkich.

Z czego jest Pani najbardziej dumna?

Z tego, że udaje mi się pogodzić życie zawodowe z prywatnym. Wiem, że sztuka jest zazdrosna i nie lubi się dzielić, ale na razie udaje mi się być wierną zarówno sztuce, jak i własnym marzeniom o poukładanym życiu prywatnym.

Największe szaleństwo w Pani życiu?

Nie jestem super szaloną osobą, ale … może przyjęcie zaręczyn, które miały miejsce w ogrodach Wersalu? Co prawda to nie była moja inicjatywa, ale mojego chłopaka (obecnie narzeczonego), ale miejsce ciekawe, a z wrażenia o mało nie wpadłam do fontanny.

Co Pani robi, gdy przychodzą trudniejsze momenty?

Na co dzień staram się być silna i konkretna. Gdy spotyka mnie jakaś przykrość w życiu prywatnym, to uciekam w wir pracy. Czasem jednak problem jest tak duży, że muszę stanąć z nim twarzą w twarz, a wtedy idę gdzieś, gdzie mogę być sama, myślę, analizuję i rozkładam problem na czynniki pierwsze oraz szukam sposobu, by go pokonać.

Pani motto życiowe …

W pewnej książce przeczytałam jedno zdanie, które szczególnie zapadło mi w pamięć. „Przed barierami życia można się ugiąć, ale nigdy załamać”. To jest chyba myśl, która najczęściej mi towarzyszy.

Pozostaje mi zapytać o Pani plany/marzenia.

Moim największym polskim marzeniem zawodowym jest zaśpiewać w Operze Narodowej w Warszawie oraz wrócić do Teatru Wielkiego w Poznaniu, gdyż po „Dydonie i Eneaszu” mam do niego wielki sentyment. Później może spróbuję swoich sił w Czechach i na Słowacji. Natomiast w życiu prywatnym chciałabym utrzymać harmonię i spokój, wyjść szczęśliwie za mąż i założyć rodzinę. Idealnie by było utrzymać równowagę między pracą a życiem prywatnym.

Oczywiście życzę, by te marzenia się spełniły. Dziękuję za rozmowę.