BLOG

„Pod znakiem Temidy” – adw. Klaudia Gąsior

Pochodzę z rodziny prawniczej, moi rodzice byli prawnikami, więc naturalną koleją rzeczy było, że pójdę w ich ślady …

Całkiem zabawne (śmiech), jednak muszę powiedzieć 3 razy nie: nie pochodzę z rodziny prawniczej, moi rodzice nie są prawnikami a zatem nie poszłam w ich ślady. Wybrałam własną drogę, która na początku była dość zawiła, ale doprowadziła mnie do celu. Muszę powiedzieć, że rodzice zawsze mi kibicowali i nigdy nie narzucali, co mam w życiu robić.

Pani Klaudio – powiedziała Pani, że  droga była zawiła. Jak Pani to rozumie?

Były to zawirowania, na które nie mamy wpływu. Ot, choćby fakt, że nie pochodzę z rodziny prawniczej a więc już na starcie była niewiadoma. Poza tym prawo jeszcze do niedawna było zawodem stricte męskim i to był kolejny zakręt. Często słyszałam pytania: Po co ci to? Tyle nauki.. Nie chcesz mieć normalnej rodziny, męża, dzieci? Poza tym przecież w Tarnobrzegu nie ma uczelni, na której mogłabym studiować prawo, co również wiązało się ze zmianą miejsca życia, wyjazdem z rodzinnego miasta.

Skoro ten zawód jest/ był taki męski to czy nie mówiono Pani, że wybrała go żeby „złapać męża”

Tak, zdarzało mi się usłyszeć takie zdanie. Nie skorzystałam jednak z takiej opcji (śmiech)

A jak to wszystko się zaczęło? Kiedy zdecydowała Pani, że będzie prawnikiem?

Odkąd pamiętam lubiłam zarządzać (śmiech) W szkole byłam przewodniczącą klasy, zarządzałam projektami, zawsze byłam liderką grupy, to ja podejmowałam szereg decyzji. Wiedziałam więc, że muszę wybrać zawód indywidualny a nie zespołowy, bo to ja będę zarządzać. Potem – w liceum – zaczęłam pisać do szkolnej gazety i wiedziałam już, że wybiorę kierunek humanistyczny. Wtedy jeszcze wahałam się między prawem a dziennikarstwem. Na podjęcie decyzji miała wpływ również moja miłość do łaciny.

„Dura lex, sed lex” (Twarde prawo, ale prawo). Co było najtrudniejsze w jego zgłębianiu?

Wiedza teoretyczna jest na pewno bardzo rozległa a zatem potrzeba systematyczności, aby to wszystko opanować. Tak naprawdę jednak o wiele trudniejsza jest praktyka. Trzeba się zastanowić, do jakiego stopnia jestem prawnikiem a do jakiego człowiekiem.

Czy w ogóle prawnik może być empatycznym człowiekiem? Patrząc na różne procesy można by pomyśleć, że nie ma on żadnych uczuć.

A jednak jest empatyczny dla swojego klienta. Na sali sądowej powinien być jednak maksymalnie skupiony na sprawie i zachować tzw. „poker face”, czyli pokerową twarz. Wtedy widać jego profesjonalizm.

Na czym polega rozmowa z klientem?

Najważniejsze w rozmowie z klientem to zdobyć jego zaufanie, bo tylko wtedy będziemy mogli go dobrze reprezentować. Poza tym musimy go przygotować na to, co czeka go na sali sądowej, powinniśmy umieć zareagować na niespodziewane reakcje klienta np. płacz, gniew, złość.

Czyli tak naprawdę prawnik jest też w pewnym sensie psychologiem?

Tak, mimo iż nie jest to przedmiot wykładany na studiach ani aplikacji.

Kiedy zdecydowała Pani, jaki kolor togi ubierze?

Chyba od początku wiedziałam, że będę adwokatem. Zawsze zmierzałam raczej w stronę obrony klienta. Już w czasie studiów działałam w fundacji udzielającej bezpłatnie porad prawnych, byłam wtedy koordynatorem projektu Street Law – prawo na co dzień, wdrążających zajęcia z prawoznawstwa w ujęciu prawa na co dzień w szkołach ponadgimnazjalnych.

Czy podjęłaby się Pani bronić każdego?

To bardzo ogólne pytanie.  Jeśli przychodzi do mnie klient to mogę – po wysłuchaniu jego historii – zadecydować, czy chcę go reprezentować w sądzie. Nieważne czy jest to ktoś oskarżony o kradzież czy zabójstwo. Nie kategoryzuje spraw, nikogo też nie przekreślam. Czasem ktoś kto dopuścił się przestępstwa  miał bardzo trudne życie wcześniej, nie miał dobrych wzorców do naśladowania. Tak naprawdę nigdy nie wiemy, co siedzi w danym człowieku. Jedyne czego wymagam od klienta, to szczerości – w przeciwnym razie nie podejmuję się jego obrony.

Czy prawnik to trudny zawód?

Tak, myślę, że to trudny zawód, zwłaszcza emocjonalnie. Czasem jest jak podczas gry w szachy, uczymy się przewidywać ruchy drugiej strony, ale nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się wydarzy na sali do samego końca, jak zareaguje klient, którego reprezentujemy. Oczywiście wcześniej próbujemy go przygotować, ale stres robi swoje.

Co Pani poczuła, kiedy pierwszy raz założyła togę?

Myślę, że dumę i satysfakcję. Pamiętam swoją pierwszą rozprawę, kiedy byłam już po ślubowaniu adwokackim, teoretycznie nic się nie zmieniło, gdyż każdy aplikant adwokacki ma prawo praktykować podczas aplikacji w Sądzie i już wtedy reprezentowałam klientów, pod opieką mojego patrona – jednak ubiór togi powodował wtedy i powoduje teraz na każdej rozprawie ułatwienie w odcięciu się od życia prywatnego i skupieniu się na roli adwokata. Uważam, że toga sprawia, że nie jestem już ja Klaudia Gąsior, ale mecenas Klaudia Gąsior.

No właśnie – czym się różni mecenas od adwokata?

Dzisiaj już w zasadzie niczym. Kiedyś mecenasem był doświadczony adwokat o wieloletnim doświadczeniu. Mecenasów w Polsce było bardzo mało – około 20.

Pani jest zatem adwokatem czy mecenasem?

Wolę i używam określenia mecenas – dla mnie ma ono historycznie piękny  wydźwięk. Jednak tak jak wymaga urzędowa forma podpisuje się jako adwokat.

W jakich sprawach zatem Pani mecenas się specjalizuje?

Specjalizuję się głównie w prawie medycznym, które w Polsce cały czas jeszcze rozwija swoje skrzydła. Sama kiedyś wiele wycierpiałam przez błąd medyczny lekarza. Co prawda mój organizm zregenerował się i wyszłam z tego bez szwanku, jednak nie zawsze tak jest. Walczę zatem dla moich klientów o pieniądze potrzebne im na leczenie, rehabilitację i godne życie. Podczas procesu Sąd ocenia, czy leczenie było zgodne z aktualną wiedzą i sztuką lekarską a także odpowiednio dobrane dla danego pacjenta. Zdarza się, że reprezentuję również lekarzy, wtedy jestem ich obrońcą.

Drugą Pani specjalizacją są tzw. sprawy rodzinne.

Tak, są to sprawy związane głównie z instytucją, jaką jest małżeństwo. Zajmuję się rozwodami, separacją i unieważnieniem małżeństwa, które popularnie nazywane jest rozwodem kościelnym.

Czym z punktu widzenia prawa różni się rozwód od separacji i unieważnienia małżeństwa?

Rozwód to zupełni i trwały rozkład pożycia, czyli wszystkich więzi łączących małżonków – finansowych, emocjonalnych, gospodarczych i intymnych.  Separacja nazywana jest w ujęciu jeszcze łacińskim – „odejściem od stołu i łoża” ma na celu zastanowienie się, czy małżonkowie chcą nadal zostać w tym związku, nie mogą oni zawrzeć nowego małżeństwa, ale mogą zamieszkiwać osobno, mieć rozdzielność finansową, uregulowany prawnie sposób opieki nad dziećmi. To taka „poczekalnia”, choć zdarza się , iż strony decydują się trwać w separacji wiele lat. Unieważnienie małżeństwa to zupełnie inny proces, który nie ma na celu wskazania winnego rozpadu a jedynie ustalenie, czy osoby wstępujące w związek małżeński zrobiły to dobrowolnie oraz czy przede wszystkim były w pełni świadome, czym jest instytucja małżeństwa w kościele katolickim. Uzyskanie zatem rozwodu cywilnego absolutnie nie gwarantuje unieważnienia małżeństwa. Zresztą o unieważnieniu małżeństwa nie decydują sądy powszechne.

Najtrudniejsza sprawa, jaką przyszło Pani prowadzić dotyczyła …

Trudno stwierdzić. Sprawa która zapadła mi w pamięć, to sprawa karna młodego mężczyzny, który całe życie był fizycznie i psychicznie maltretowany przez swojego ojca. Właściwie ten człowiek oskarżony o poważne przestępstwo był w rzeczywistości również ofiarą osoby, której wyrządził krzywdę.

No właśnie, gdzie w tym wszystkim jest matka? Dlaczego nie stanie po stronie dziecka? Dlaczego nie odejdzie od męża psychopaty?

Akurat w tym przypadku, o którym mówię, była to rodzina z problemami, matka tak jak ojciec posiadała problem z uzależnieniem. Na szczęście jednak to, o czym pani, mówi zaczyna się zmieniać. Żyjemy w czasach, gdy świadomość kobiet jest coraz większa. Jeszcze 50 a nawet 30 lat temu powszechna opinia kształtowała obraz kobiety – żony cicho i pokornie wyrażającej aprobatę na każde zachowanie męża, często również niestety na przemoc pod wpływem środków odurzających – głównie alkoholu.

Jak można pomóc takim kobietom? Jak one same mogą sobie pomóc?

Jest na to w zasadzie 2 rady. Jeśli kobieta ma dostęp do komputera i umie się nim posługiwać może po prostu wpisać hasło przemoc domowa i wyskoczą jej strony z numerami telefonów, pod którymi uzyska konkretną pomoc.  Drugi sposób to po prostu zgłoszenie sprawy na policję – wówczas musi być podjęta interwencja. Takiego wsparcia mogą udzielić również księża. Przy każdej parafii powinien być taki punkt pomocy ofiarom przemocy.

Czym jeszcze się Pani zajmuje?

Moim konikiem są sprawy karne, z których nigdy nie zrezygnuję.

Czy byłaby Pani „adwokatem diabła”?

Jest to bardzo ciekawy film ze świetnie zagraną rolą przez Al Pacino. Kim jest adwokat diabła? Myślę, że diabłem i aniołem może być każdy z nas. Każdy z nas może przecież popełnić jakiś błąd, wejść w konflikt z prawem, ale przecież to go nie przekreśla. W prawie obowiązuje domniemanie niewinności – dopóki osoba nie została skazana prawomocnym wyrokiem jest niewinna. A nawet jeśli już kiedyś była karana nie znaczy to, że już na zawsze jest przekreślona.

Zanim przejdę do pytań bardziej osobistych zapytam, co to są tomy akt sądowych? Czy mają one określoną liczbę stron?

Tak, z reguły jest to 1000 stron odpowiednio zszytych i powpinanych do teczek. Przed rozprawą należy się z nimi szczegółowo zapoznać. Największa sprawa, jaką do tej pory prowadziłam, liczyła 40 tomów akt w karnym postępowaniu przygotowawczym.

Wiem, że uczestniczy Pani w spotkaniach Boskiego Biznesu. Może Pani opowiedzieć o tym coś więcej? Co Pani dają te spotkania?

Jestem członkiem spotkań Boskiego Biznesu, prowadzonych przez Małgorzatę Dąbrowską od roku. Spotkania organizowane są raz w miesiącu w kilku miastach w Polsce, ja uczestniczę w mieście w którym prowadzę swoją firmę, czyli w Rzeszowie. W spotkaniach uczestniczą kobiety przedsiębiorcy, prowadzące własne firmy lub też zarządzające na co dzień ludźmi w większych korporacjach. Podczas spotkań dzielimy się pasją do tego co robimy, szukamy wspólnej płaszczyzny współpracy. Z uśmiechem muszę stwierdzić, iż wiele świetnych projektów za nami a przed nami dużo więcej ciekawych wyzwań. Gratuluje autorce spotkań pomysłu i trzymam kciuki za dalszy rozwój Boskiego Biznesu.

Z czego jest Pani najbardziej dumna?

Najbardziej dumna jestem z mojej rodziny, z tego jak ukształtowali mnie moi rodzice, którzy dając mi swoje wartości, nigdy nie odbierali mi swobody podejmowania decyzji, dzięki temu bardzo szybko nauczyłam się samodzielności.

Jakie wartości są dla Pani najważniejsze?

Na pierwszym miejscu stoi rodzina, dla której jestem w stanie zawsze znaleźć czas. Drugie miejsce zajmuje moja praca i rozwój osobisty. Zawsze stawiam sobie bardzo wysoko poprzeczkę. Motywują mnie rzeczy trudne, często na pierwszy rzut oka niemożliwe do osiągnięcia.

Co jest dla Pani największym wyzwaniem?

Bycie człowiekiem na co dzień, bo to jest bardzo trudne. W pracy wyłączam stres i emocje, które potem muszę jakoś rozładować. Najczęściej robię to poprzez taniec, sport – bieganie i wędrówki po górach.

Czy taka szacowna Pani mecenas zrobiła w swoim życiu coś szalonego?

Na co dzień jestem dość szaloną osobą, co mogą potwierdzić moi bliscy. Zawsze jednak oddzielam swoje życie zawodowe od prywatnego.

Co Pani robi, kiedy przychodzą trudniejsze momenty? Jak sobie Pani z tym radzi?

Najczęściej idę do kościoła przemodlić to albo medytuję podczas biegania.

Czym Pani kieruje się w życiu?

Moim mottem życiowym są słowa Terencjusza: „ Homo sum: humani nihil a me alienum puto” – „ Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce”.

Pozostaje mi zapytać o plany na przyszłość, marzenia.

W tym roku zamierzam zdobyć kolejny szczyt, jakim jest Kościelec. Jeśli chodzi zaś o pracę to zamierzam zgłębić specjalizację w prawie kanonicznym. Cały czas myślę o rozwoju firmy.  Nadal szukam też swojego miejsca  w życiu – swojej bezpiecznej przystani.

Życzę zatem, by Pani znalazła to swoje miejsce. Spełnienia marzeń.