BLOG

„Staram się żyć w zgodzie ze sobą, ze swoimi zdolnościami, marzeniami i zaistniałymi okolicznościami” – Ewa Chałupczak

Ewa Chałupczak (zdj. z prywatnego archiwum)

Z wykształcenia jest Pani …?

Z wykształcenia jestem lekarzem weterynarii. Wtedy, gdy zdawałam na weterynarię, nie był to zawód sfeminizowany, chociaż stawał się coraz bardziej popularny wśród kobiet. Nawet w przyjęciach na studia obowiązywały limity liczbowe dla kobiet, mogły one stanowić 10% ogólnej liczby studentów na pierwszym roku.

Skąd takie zainteresowania?

Wychowałam się wśród zwierząt, czy to na Nadolu, czy to w leśniczówce Krasiczyn, tak, tej tuż obok, bo we wsi Durdy. Otaczała mnie przyroda, bo Nadole wtedy to była taka wieś w mieście: krowy, konie, kury, gęsi, kaczki, indyki, króliki, tato hodował nawet nutrie. Pies i kot były w każdym gospodarstwie, przy każdym domu ogród, pola uprawne. Bardzo dobrze pamiętam żniwa za stodołą i młócenie zboża. W leśniczówce mieliśmy nawet swojego konia — Łysę, którą, gdy miałam trzy latka, pokochałam z wzajemnością.

Mała Ewa (zdj. z prywatnego archiwum)

W moim domu zawsze były zwierzęta, psy, koty, w różny sposób do nas trafiały, a to podrzucone z miasta, a to bezpańskie przybłędy, którym trzeba było dać jeść. Był też taki kot Filip, którego przywiozłam na motorze, (z Jasła wracaliśmy z tatą, ja oczywiście jako pasażerka wtedy, no mogłam mieć z 13 lat), za pazuchą — czy ktoś jeszcze pamięta to określenie? Tzn. pod kurtką … Mama w 1968 roku wracając z sanatorium z Krynicy Górskiej, pociągiem, na gapę przywiozła też psa, a właściwie suczkę Sabę. Widziałam, jak te zwierzęta się rodzą, jak rosną, czasem chorowały, odchodziły na zawsze … Opiekowałam się nimi, ba, nawet jeden z naszych psów  ugryzł  mnie w ramię (ale przyznaję się – to była moja wina, że tak się zachował) i to tak, że trzeba było je zszyć, ale to nie zniechęciło mnie, wręcz przeciwnie. Dalej byłam ciekawa ich życia i tego, jak czasem można i potrzeba im pomóc.

Ziutek (zdj. z prywatnego archiwum)

Tato wspierał mnie w moich pomysłach na życie, z mamą było inaczej – chciała, bym została prawnikiem a najlepiej dentystką. Ja jednak twardo, że weterynaria, a potem okazało się, że będąc weterynarzem, trzeba znać się na wszystkim, na zębach też, i to nie jednego człowieka, ale wielu różnych zwierząt. A i prawo też nas nie ominęło ani na studiach, ani w życiu zawodowym.

1978 rok, rozdanie dyplomów lek. wet, Ewa i dziekan prof Stanisław Wołoszyn, Lublin (zdj. z prywatnego archiwum)

Pracę zaczęłam w tarnobrzeskiej lecznicy w 1978, potem był okres pracy w rzeźni w Sandomierzu, a potem lecznica w Łubnicach i Zootechniczny Zakład Doświadczalny w Chorzelowie pod Mielcem. W lecznicy zakładowej było dużo pracy, bo i w tamtych czasach obiekt to był duży, obora, cielętniki, ferma drobiu, ferma zwierząt futerkowych, ferma królików, tuczarnia, stadnina przy Laboratorium Grup Krwi, a nas wcale nie za dużo. Był okres, że było nas troje tzn. ja, mąż i od czasu do czasu konsultant, a na koniec mojej pracy w Chorzelowie zostałam sama ze wspaniałym fachowcem, technikiem wet (wtedy).

Obowiązków było bardzo dużo, zmęczenia moc, ale i satysfakcji z wykonywanej pracy też. Odbierałam skomplikowane porody u dużych zwierząt, robiłam cesarki u bydła, kastrowałam byczki i nie tylko – no wszystko robiłam, jak to terenowy, wiejski lekarz.

Ponieważ był to zakład doświadczalny, więc były kontakty z pracownikami naukowymi z Instytutu Zootechniki w Krakowie, z Wydziału Weterynaryjnego w Lublinie. Braliśmy udział w niektórych badaniach, szkoliłam się, jeździłam do Puław, Lublina, Krakowa. I to wszystko z małymi dziećmi w domu, i na szczęście w tzw. placówkach szkolno-opiekunczo-wychowawczych, bo było przedszkole zakładowe, ba, nawet stołówkę mieliśmy od poniedziałku do soboty. Ach no tak, przecież wtedy pracowaliśmy jeszcze w soboty! Mieliśmy, oczywiście kto chciał, tzw. przyzakładowe ogródki, deputaty mleczne.

Dobrze się żyło, mieszkało i pracowało, znaliśmy się wszyscy od oborowego i traktorzysty po dyrektorów, profesorów.

Przez jakiś czas pracowała Pani również w Sanepidzie?

Ten „jakiś czas” w Sanepidzie to całkiem spory kawał zawodowego życia. Tu znalazłam się w związku z zaistniałymi okolicznościami, a mianowicie „dostaliśmy” mieszkanie i trzeba było podjąć decyzję, czy tam, czy tu. Padło na tu. Jeśli tu, no to gdzieś trzeba pracować. Mąż już od jakiegoś czasu pracował w sanepidzie, a że tarnobrzeski rozwijał się, inwestował w bazę laboratoryjną, więc złożyłam podanie. Po rozmowie zostałam przyjęta do pracy jako kierownik pracowni parazytologicznej – zamieniłam makro zwierzęta na takie mikro. Zamieniłam pracę w ruchu i o każdej porze dnia, a nawet nocy, w dni powszednie i od święta, na pracę siedzącą, od do, plus dyżury jak była tego potrzeba.

Przez te lata mojej pracy w tarnobrzeskim sanepidzie laboratorium się rozwijało, zmieniało struktury, a praca, chociaż spokojna, czasem potrafiła zaskoczyć i działo się dużo. Tak jak teraz mamy czas pandemii, tak my przeżywałyśmy czas przesyłek „z wąglikiem”, no, ale w porównaniu z tym, co tu i teraz się dzieje – no to nie ma porównania raczej, nie, nie chcę tego nawet porównywać. Niemniej jednak emocje były ogromne.

Co należało do Pani Obowiązków?

Mówiąc kolokwialnie, to podstawowym moim obowiązkiem było babranie się „w gó…ach.” no, ale na tym polegają podstawowe badania parazytologiczne,  materiałem do badań jest kał przede wszystkim, no i i krew. Do moich obowiązków należało zatem wykonywanie badań parazytologicznych i serologicznych. Zawodowo byłam nadal lekarzem weterynarii, bo to zawód wyuczony i tytuł dożywotni, ale w Sanepidzie, w Laboratorium Diagnostyki Medycznej (tak się wtedy ono nazywało) byłam jeszcze diagnostą laboratoryjnym. Tak, tak, lekarz weterynarii może być diagnostą chorób ludzkich nie tylko parazytologicznych, ale i odzwierzęcych – tym się zajmowałam w laboratorium przede wszystkim.

W swoim życiu zajmowała się Pani jeszcze innymi rzeczami …

 Tak, jak każda kobieta pracująca, zajmowałam się wszystkim. Dom, mąż, dzieci, praca. Byłam ordynatorem w lecznicy tarnobrzeskiej,  badałam mięso w rzeźni w Sandomierzu, nadzorowałam w Dwikozach produkcję paczkowanego mięsa mielonego, szczepiłam karpie i kurczątka.

 W domu też – no wiadomo, ale i malowałam ściany, tapetowałam, nawet wiertarką dziury w ścianach robiłam i jak potrzeba to nadal robię, szlifuję, maluję, koszę itp. itd.,

Skąd Pani czerpie siłę?

Z młodości? Z miłości? Z zadowolenia innych? Z satysfakcji z wykonywanej pracy? Nie wiem … Ze wszystkiego, co mnie spotkało po drodze dobrego i złego … z przeciwności też.

Z czego jest Pani dumna?

Generalnie, mimo wszystko z życia.

Co Pani robi, gdy jest ciężko?

Najpierw uciekam w głąb siebie, jeśli można, to wyciszam się we śnie, ale to faza wstępna, krótka. Potem mobilizacja, skupienie i plan działania. Nie zawsze to takie proste, jak się teraz o tym opowiada. Do pewnych rzeczy, do pewnych zachowań, dochodzi się krętymi ścieżkami, przez lata. Jeśli potrzeba, nie wstydzę się szukać pomocy u innych, już się nie wstydzę …  Zajmuję się tym, co lubię najbardziej, zawsze czytam… Często spaceruję, rozmyślam.

Czym się Pani kieruje w życiu?

A to chyba najtrudniejsze pytanie. Przede wszystkim kieruję się tym, co wyniosłam z domu i czego mnie nauczyli Rodzice. To podstawa. I chociaż czasem, a już w dzisiejszych czasach szczególnie ciężko w zgodzie z tymi naukami żyć, to po pierwsze być uczciwym człowiekiem, po drugie — nie krzywdzić nikogo ani niczego, a tym bardziej nie robić krzywdy z premedytacją, bo czasem każdemu się przydarzy, że zrobi coś w dobrej wierze, a tu okazuje się, że ups … po trzecie — szanować ludzi! Być dla ludzi, być uważnym na ich potrzeby. Po czwarte – Być asertywnym! A po piąte, szóste siódme itd… to teraz, to ja już jestem w tym wieku i na tym etapie życia, że ja już nic nie muszę, za to wszystko mogę; i wolę mieć spokój, niż za wszelką cenę rację. Już mi przeszło, o i to już dawno, dawno, udzielanie się tam, gdzie mogłabym dużo, ale inni uważają, że nie jestem im potrzebna – życie mnie tego nauczyło, i tego się trzymam. I to jest sprawa, którą zaliczam do zmarnowanego potencjału danego mi, bo nawet na kilka bardzo sensownych propozycji z ostatnich lat odpowiedziałam nie. Czy żałuję? Poniekąd tak, ale są młodsi, niech działają. Ja już nie muszę.

Wiem, że Pani dużo podróżowała przed pandemią. Czy to nowe zainteresowanie?

Zawsze mnie ciągnęło w świat, ale te ciągoty podlegały, i nadal podlegają ograniczeniom, ale jak tylko mogłam, to gdzieś mnie niosło. Z harcerzami na obozy i wędrówki, na obozy naukowe w kraju i praktyki zagraniczne, na samotne wyprawy, a to nad morze, a to na zwiedzanie dużych miast. Do „węgierskiego niedoszłego narzeczonego” w Budapeszcie pociągiem i to ze trzy razy, i samotne poznawanie w latach 70-tych tego miasta też. Na wycieczki z pracy (początki takich wyjazdów to z mamą, ja jako ta smarkata), jak tylko mogłam, też oczywiście.  Na wyjazdy albo z całą rodziną albo tylko z dziećmi, czy to nad morze, czy to w góry. Góry to przede wszystkim Bieszczady. A najczęściej to Beskid Niski i tradycja rodzinna to wyjazdy minimum raz w roku do Iwonicza Zdroju.

Teraz, tzn. od kilku lat, jestem w tej dobrej sytuacji, że jak chcę, to mogę sama. I tak robiłam sobie takie wypady kilkudniowe, żeby się odciąć i zresetować od codzienności, do ulubionego Nałęczowa. Lubię też wypady do Krakowa, do takiej Przyjaciółki, co to możemy i pół roku ze sobą nie gadać, a i tak nadajemy na tych samych falach, takich Przyjaciół mam kilkoro. 10 lat temu zrobiliśmy sobie razem z mężem taki wypad ornitologiczny w Deltę Dunaju, połączony z odpoczynkiem w Mamai w Rumunii. Ze względów rodzinnych bardzo chciałam pojechać do Wilna, Grodna i Lwowa – i udało mi się zrealizować te plany w ostatnich latach, już na emeryturze. Był w planie jeszcze Truskawiec, no niestety pandemia … Wilno i Lwów razem z mężem, Grodno to sama sobie zorganizowałam, w ostatniej chwili dołączyła koleżanka. Jestem miłośniczką podróży pociągiem i gdzie tylko mogę, tam jadę pociągami. I tak też miała wyglądać druga wyprawa do Grodna, niestety pandemia w 2020 pokrzyżowała plany, a teraz i sytuacja polityczna na Białorusi raczej nie sprzyja samotnym wyjazdom.

Do Paryża w 2018 też sobie sama zorganizowałam wylot i pobyt, czasem marzeniom pomagają przyjaciele i bez nich to nie byłoby aż taka udana wycieczka, a marzyłam o tym Paryżu od lat liceum… poza tym ciągle jeździmy na krótsze i bliższe wypady samochodowe, nie ma sensu siedzieć w domu i jak tylko są chęci i siły, to trzeba się ruszać, bo jak nie teraz to kiedy?

Paryż (zdj. z prywatnego archiwum)

Nie pochwalę się dużą liczbą zaliczonych zagranicznych podróży, odwiedzonych kontynentów, nie każdy musi, nie każdy może, trzeba się cieszyć tym, co się przeżyło, zrobiło, było. Tym, co nam było dane.

Który z krajów wywarł na Pani największe wrażenie i dlaczego?

Pierwszy wyjazd za granicę to były Węgry, w latach wczesnych 70 tych, i tak, wtedy to był dla mnie szok. A potem, jak je tzn. zagraniczne kraje, poznawałam coraz lepiej i lepiej, to już ważni byli ludzie i miejsca. W dzisiejszych czasach, w dobie internetu, globalizacji, świat to taka wioska, że może już nie kraje, tylko miejsca w nich… Chociaż Litwa jako kraj to tak, a już z perspektywy osoby związanej z rolnictwem to tak, Litwa. Każdy wyjazd to wrażenia i przeżycia chociaż inne to czasami  jednak podobne, no a przede wszystkim niezapomniane.

Wiem również, że ma Pani zdolności manualne. Co lubi Pani robić?

Wszystko, ponieważ wszystkiego chcę spróbować. Jedynie co mi nie wychodzi to szydełkowanie. I grać na instrumentach nie umiem, chociaż śpiewałam kiedyś w szkolnym chórze i w zespole takim szkolnym, ludowym. Ostatnio robię trochę w technice decoupage – pisanki i bombki styropianowe, szkatułki, robię też pisanki pisane woskiem na wydmuszkach.

Handmade (zdj. z prywatnego archiwum)

Robiłam kiedyś biżuterię srebrną tzn. np. naszyjniki z bursztynem i kamieniami półszlachetnymi, tak na własne potrzeby i na prezenty, potem kartki na święta. Wyszywałam krzyżykami obrazki z motywami kwiatowymi i ptaszkami, haftowałam ściegiem richelieu, piekę pierniczki i ozdabiam lukrem, poszło ich trochę na licytację. A na ostatnie święta bożenarodzeniowe zrobiłam domek z piernika.

(zdj. z prywatnego archiwum)

Robię też dużo zdjęć, najczęściej przyrodniczych. Jak mam „fazę” to lubię pisać. Teraz od kilku lat siedzę nad genealogią rodzin ze strony mamy i taty, stronę po kądzieli już mam prawie że gotową, po mieczu też dużo materiałów, chociaż nie tyle, co ze strony mamy, ale też powoli finiszuję.

Mogę zdradzić fakt, że żoną Tadeusza, czyli brata mojego taty, była Bożena z domu Schaurek, rodzona siostrzenica Jamesa Joyca. Tak, tego irlandzkiego pisarza od Ulissesa.

Lubię pisać wiersze, i nawet przymierzam się do wydania tomiku wierszy, materiał jest już w drukarni, ale muszę nanieść poprawki. Wspólnie z mężem wydaliśmy książkę, taką wspomnieniowo genealogiczną o męża rodzinie. Potem jeszcze mąż wydał swoje wspomnienia, do których ja opracowałam okładki i zrobiłam cały skład. Bo bardzo lubię pracować na komputerze i ciągle odkrywam jego możliwości. Lubię z wycieczek opracowywać mini reportaże z dużą ilością zdjęć, które publikuję na swoim profilu na Facebooku. Też bym je chciała kiedyś zebrać w formie książkowej, chociażby w wersji na cd.

Kilka lat temu spojrzałam pod nogi, i zauważyłam, że wśród płyt chodnikowych znajdują się arcyciekawe pokrywy studzienek kanalizacyjnych. Zaczęłam robić ich zdjęcia, aż się trochę tego materiału zebrało i postanowiłam utworzyć na swoim profilu na Fb taki album im poświęcony. Okazało się, że pomysł bardzo się innym spodobał, dostawałam pozytywne komentarze a w nich bardzo często i zdjęcia. Powstała taka grupa „dostawców”  foto pokryw i innych ciekawych obiektów znajdujących się „pod stopami”, zaraziłam , jak ja to określam – płytozą – innych. Dzięki temu zajęciu, poznałam wirtualnie dużo bardzo ciekawych osób, z zagranicy też. A liczba zdjęć w albumie powoli osiągnie 2000! Teraz kiedy o tym piszę (20 maja 2021) jest ich dokładnie 1810. Są fotografie pokryw i z Japonii i z Ekwadoru, z Ukrainy i z Austrii, Francji, Włoch, Szwecji, Niemiec i Ameryki Północnej i jeszcze by długo wymieniać. Jak każdy album taki o tematyce nie prywatnej, tak i ten ma status publiczny, tak że każdy może oglądać, komentować i przesyłać fotografie do mnie. 

„płytoza” (zdj. z prywatnego archiwum)

Mieszka Pani w mieście, ale dużo czasu spędza na ranczo. Może nam Pani więcej o tym opowiedzieć?

Ranczo to kawał ziemi po teściach. Odkąd pamiętam, jest obecne w naszym wspólnym życiu już 41 lat a nawet ciut dłużej, tzn. od czasów, gdy poznałam swojego męża. Naczelną maksymą męża jest zdanie – bo na wsi jest zawsze coś do zrobienia – i to prawda. I tak, była czarna porzeczka, a potem nastał czas ogórków zielonych a następnie kiszonych, oczywiście to wszystko w dużych, jak na nas, wręcz hurtowych, ilościach, potem jeszcze do kompletu kapusta – od ziarenka do gołąbka – jest i taki album na moim Fb, oczywiście też kiszona w silosach, taaaakich dużych, no i oczywiście dystrybucja tych kiszonek, ale to już za nami, teraz powinniśmy tylko odpoczywać i cieszyć się pobytami na ranczo. I ja tak już robię, cieszę się z każdego wyjazdu, a gdy się zrobi na tyle ciepło, że można w sezonie tam i nocować, a szczególnie przyjemnie jest w upalne lata uciec tam z blokowiska, chociaż ten nasz Dzików jest bardzo dobrym miejscem do życia w mieście. Bloki nie za wysokie, blisko Zwierzyniec las, i rzeka Wisła też blisko, tuż obok staw Oczko i zaraz zamkowe pola i park, dobrze jest, a mieszkamy tu od zarania dziejów osiedla tego tj, od późnej jesieni 1989 roku!

Na ranczo (zdj. z prywatnego archiwum)

Ale wracam do rancza – tam też jest dobrze, asfaltem dojedziemy od drzwi do drzwi, jest nawet od kilku lat Kałuża w lesie tzn, wybiła woda ze źródełka, podobno kiedyś dawno temu była tam studnia. Mamy tam kawałek lasu i górę, pośród mężowskich hektarów mam i ja „swoje” kawalątko ziemi wzdłuż stodoły, gdzie ja walczę z chwastami, by kwiatki miały gdzie rosnąć, a chałupę to cały czas się remontuje i powiększa, chociaż nie, już nie powiększa, tylko polepsza wewnętrzny komfort, bo i nareszcie w 2021 roku mamy gaz ziemny. A jak dookoła wyrośnie las kukurydziany albo pola faceliowe, to jesteśmy wśród morza pszczół lub w zielonym odosobnieniu, na starość cóż mi więcej potrzeba, nawet napisałam o tym wiersz:

Szczęście

jak niewiele do szczęścia potrzeba
zydelek na przyzbie   
kromka wiejskiego chleba
pomidor słońcem nagrzany
biały Kot gdzieś 
w zielonym schowany  
ptak z modrzewia poświstuje
wiatr od wschodu nadlatuje
wczorajszy bażant 
w kukurydzy skrzeczy
świerszcz w trawie
piłuje (nie) od rzeczy
słońce do ściany przygrzewa  
czy czegoś mi więcej potrzeba

Jakie ma Pani marzenia ?

Coraz mniej ich już mam, ale mam i takie np. pojechać do – jakkolwiek to zabrzmi – Wrocławia, i jeszcze, któryś już raz, nad morze, nasze Morze Bałtyckie. Ta pandemia pokrzyżowała mi wiele planów. No nie powiem, że zdrowym być, bo to wiadomo i nad tym trzeba ciągle pracować, a nie tylko marzyć; żeby się dzieciom dobrze i spokojnie żyło i pracowało, to też takie oczywiste… Mam jeszcze kilka marzeń, ale o nich sza, żeby nie zapeszyć, niech się spełniają, niech się spełnią.

Czy chciałaby Pani jeszcze coś dodać?

Tak. Na koniec chcę powiedzieć, że jestem taką sobie, tuż przed 70-tką, emerytką, która ma sporo zajęć przeróżnych, ale i dużo czasu wolnego na własne zainteresowania, której największym wrogiem jest, ha ha ha, mimo wszystko lenistwo, ale już z nim nie walczę. Staram się żyć w zgodzie ze swoimi potrzebami i możliwościami w danym dniu. Że rodzinnie – po mamie – jestem związana od pokoleń z Podłężem, Dzikowem, Nadolem czyli z Tarnobrzegiem.  Tu się urodziłam, tu wychowałam, stąd wyszłam w świat,, czyli na studia do Lublina, by potem wrócić tu znowu na chwilkę. A potem zatoczyłam koło, będąc tu i ówdzie na tzw. swoim, by znowu wrócić do rodzinnego miasta, tym razem już na stałe. Że życie tak szybko mija i warto się nim cieszyć, bo jak nie teraz to kiedy?

(zdj. z prywatnego archiwum)