BLOG

„Zawsze czułam potrzebę służenia innym … ” Emilia Sadecka

 

Położna z wieloletnim stażem, która nie boi się nowych wyzwań. Ostatnią jej pasją są … pszczoły .

 

Położna to chyba jeden z piękniejszych zawodów. Czy dlatego go Pani wybrała?

Częściowo tak 🙂 Zawsze czułam w sobie potrzebę służenia innym, radość sprawia mi to, że mogę komuś pomóc. Początkowo chciałam zostać pielęgniarką, ale mama mojej przyjaciółki przekonała mnie, że lepiej iść do Szkoły Położnych. Mówiła, że dzieci będą rodziły się zawsze i zawsze znajdą się kobiety potrzebujące fachowej pomocy. (Moja prababcia była wiejską akuszerką).

Początkowo – jako młoda dziewczyna – byłam trochę speszona, że wybrałam sobie taki zawód. Jednak już w dzieciństwie, dzięki mojemu tacie, który zabierał mnie jako najstarszą córkę do wielu prac w gospodarstwie, byłam świadkiem narodzin cielątek,  źrebiąt, szczeniąt. Już wtedy zastanawiałam się, jak to jest u ludzi. Po maturze zdecydowałam się więc na złożenie dokumentów do Szkoły Położnych.

Jak wyglądała nauka w takiej szkole?

Trochę inaczej niż dziś. Istniały wówczas Izby Porodowe, w których pracowały samodzielnie   położne. My jako przyszłe położne byłyśmy przygotowywane do samodzielnej pracy.. Musiałyśmy umieć wykonać czynności, które dzisiaj zarezerwowane są jedynie dla lekarzy, np. ręczne wydobycie łożyska, poród miednicowy i szycie wszelkich urazów kanału rodnego. W tym celu odbywałyśmy również wakacyjne staże na izbach porodowych

Utwierdziło to Panią w przekonaniu, że to jest właśnie to, co chce Pani dalej robić?

Tak, po zdobyciu dyplomu (było to w lutym) pojechałam do szpitala w Tarnobrzegu na rozmowę i 1 kwietnia podjęłam pracę na oddziale położniczym. Po miesiącu zostałam rzucona na głęboką wodę i rozpoczęłam pracę na Sali Porodowej. Tam wszystko trzeba było robić samodzielnie. Nie było wówczas dyżurów lekarskich na oddziałach położniczo-ginekologicznych. a w dodatku dyżury nocne położnych były pojedyncze .

Była to zatem ogromna odpowiedzialność.

Tak, jako młoda dziewczyna zostałam sama na dyżurze a trzeba powiedzieć, że porodów było wtedy znacznie więcej niż dziś. Na 12 godzinnym dyżurze zdarzało się ich od 5 do 12. Było więc co robić. O wszystkim musiałam decydować sama. W jakichś bardzo awaryjnych przypadkach mogłam liczyć na pomoc dyżurującego lekarza chirurga lub analityka, którego musiałam wtedy wzywać. Lekarz ginekolog bywał pod telefonem i „nie honor ‚”było go wzywać. Zresztą, rocznie było tylko kilka cięć cesarskich.

Jak wspomina Pani jeden z pierwszych swoich dyżurów?

Pełna sala porodowa a ja wciąż czegoś nie wiedziałam. Pamiętam do dziś, jak jedna z bardziej doświadczonych położnych zapytała mnie: „A w szkole tego was nie uczyli?” Muszę jednak powiedzieć, że co innego jest teoria a co innego praktyka. Jestem jednak bardzo ambitna i szybko się uczę, dlatego po niedługim czasie wiedziałam już dobrze, co do mnie należy.

Jak wyglądała praca położnej 20 lat temu a jak dziś?

W tej chwili jest o wiele łatwiej położnym, ponieważ na sali jest zawsze lekarz położnik i  dostępny pediatra, to oni podejmuje trudne decyzje i biorą główną odpowiedzialność.

Poza tym jest znacznie mniej porodów i więcej położnych na dyżurze .

A jeśli chodzi o pacjentki?

W tym zakresie również wiele się zmieniło … Dziś większość kobiet jest dobrze przygotowana do porodu i macierzyństwa. Kobiety mają możliwość korzystania z opieki przedporodowej położnych środowiskowych – rodzinnych, tzw. edukacji przedporodowej (to moja praca obecnie), gdzie są uczone niefarmakologicznych sposobów łagodzenia odczuć bólowych podczas porodu, zalet i umiejętności karmienia naturalnego, opieki nad noworodkiem, dbania o siebie podczas połogu; mają dostęp do Internetu – źródła wszelkich informacji, do prywatnych szkół rodzenia; mogą rodzić z bliską osobą, co daje im większe poczucie bezpieczeństwa. Bardziej umieją wymagać  godnego traktowania. Mogą mieć swój plan porodu i oczekiwać jego realizacji, oczywiście do momentu, gdy poród przebiega prawidłowo. Mogą też skorzystać z dodatkowej opieki tzw. duli – pani, która wspiera, masuje, przytula i tak pomaga przejść przez te piękne, ale trudne chwile. Każda ma zapewnioną fachową  opiekę i wsparcie położnej w  domu, po wyjściu ze szpitala z dzieckiem, do drugiego miesiąca życia dziecka i to też jest moja obecna praca.

Wszystkie kobiety ciężarne objęte są opieką lekarską  i wykonują wiele rożnych badań laboratoryjnych…

Dawniej zdarzało się, że przychodziły kobiety do porodu nie mając zrobionych żadnych badań dodatkowych,  nie będąc w ogóle u lekarza w ciąży.

Nie mogę powiedzieć, że kobiety rodzące  kiedyś były traktowane bardziej „ instrumentalnie” niż dziś, bo to jak osoba sprawująca opiekę   się zachowuje   wobec podopiecznych nie zależy od czasów,  wykształcenia, warunków tylko od osobistej, może wrodzonej wrażliwości, delikatności i szacunku dla każdego człowieka.

Czy jest różnica między rodzącą, która ma lat 20 a ta 40 -letnią.

Nie zawsze zależy to od wieku rodzącej, ale np. od tego, który to poród, jak przebiegała ciąża, jak przebiegały poprzednie porody. Jeżeli to pierwszy poród teoretycznie więcej zagrożeń można się spodziewać u 40 -latki, ale to nie jest reguła.

Często poród siłami natury jest tak traumatycznym przeżyciem dla kobiety, że nie chce już mieć więcej dzieci. Co jej można powiedzieć, żeby zmieniła zdanie?

Trzeba by spokojnie z nią porozmawiać, dotrzeć do źródła jej leków a potem wszystko wyjaśnić. Nie ma dwóch jednakowych porodów.

Dlaczego tak dużo kobiet nie chce rodzić siłami natury, tylko decyduje się na cesarskie cięcie?

Teoretycznie do cięcia cesarskiego muszą być wskazania zagrażające życiu lub zdrowiu rodzącej lub dziecka. Dlaczego niektóre  panie wolą cięcie cesarskie? Powiem szczerze,  nie  jest to dla mnie zrozumiałe. Samopoczucie po porodzie naturalnym jest zdecydowanie lepsze, po cesarskim cięciu boli bardziej, przez kilkanaście godzin jest kobieta bezradna, zdana na całkowitą opiekę innych, jest też dużo więcej zagrożeń około i pooperacyjnych  Gdy się wykluczy wskazania,  to może to postawa życiowa, że ma być łatwo. Przecież przyszło do nas bezstresowe wychowywanie młodych.

Oczywiście cesarskie cięcie jest dobrodziejstwem w sytuacji zagrożenia zdrowia czy nawet życia matki i dziecka. Dzięki cięciom cesarskim znacznie zmniejszyła się liczba zgonów okołoporodowych.

A jak wspomina Pani własne porody?

Mam 4 dzieci a więc rodziłam 4 razy. Najdłuższy był pierwszy poród, który szczerze mówiąc, wspominam strasznie. Była to wina obowiązujących wtedy procedur, np. leżenie podczas porodu na plecach, w moim przypadku  przez 2 doby, po odejściu wód płodowych nie wolno było wstać ani odwrócić się na bok.  Przy następnych porodach już nie pozwoliłam  się położyć i naciąć krocza i było super. Obecnie moje dzieci mają już swoje a ja czekam na …   15 wnuczątko 🙂

Co robić, gdy ktoś obok nas nagle zaczyna rodzić?

Zależ gdzie się akurat znajdujemy. Przede wszystkim wezwać pogotowie i nie panikować. Starać się odizolować kobietę od publiczności i zapewnić jej jakieś ustronne miejsce. Dzieci w zasadzie – jak się im nie przeszkadza – rodzą się same. Należy im stworzyć tylko jak najbardziej optymalne warunki.

Obecnie prowadzi Pani Indywidualna Praktykę Położniczą.

Tak, lubię  wyzwania. Pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy reformowano Służbę Zdrowia zdecydowałam się odejść ze szpitala (po 29 latach) i otworzyć Indywidualną Praktykę Położniczą, choć wiele osób kompletnie nie rozumiało mojej decyzji.

Wśród Pani pacjentek była również własna córka. Co czuje wtedy położną matka?

No cóż, wtedy bardzo chciałam być w jej sytuacji i urodzić za nią.

Najpiękniejsze w Pani pracy to …

W 99 % radosne emocje, radość z narodzin dziecka, wielka ulga, że już po wszystkim. Jest jeszcze coś – moment, kiedy młoda mama wychodzi z dzieckiem do domu i czeka na nią cała rodzina. To naprawdę piękny i wzruszający moment. Maleńkie dziecko w domu to 132 uśmiechów dziennie więcej …. tak powiedziała moja córka …..

Z czego jest Pani najbardziej dumna?

Myślę, że z tego, iż zdecydowałam się na otworzenie własnej działalności w niepewnych   czasach i z tego, że mi się udało i mam sporą listę wiernych, potencjalnych podopiecznych.

Ale jeszcze bardziej z mojej licznej rodziny, że  moje dzieci założyły  normalne rodziny .

A co Pani robi, kiedy nie wszystko się układa, kiedy przychodzą trudne chwile?

Myślę, że pomaga mi moja wiara. Ufam Bogu, któremu oddaję wszystkie trudne sprawy. ogromne oparcie mam również w moich dzieciach, które udało mi się wychować na mądrych i odpowiedzialnych ludzi.

Pani pasją są … pszczoły.

Tak, kiedyś mój tato miał pszczoły a ponieważ często mu asystowałam przy gospodarskich czynnościach, poznałam bliżej tajniki hodowli pszczół. Planowałam się tym zająć po przejściu na emeryturę i tak zrobiłam. Obecnie mam 7 uli (7 rodzin pszczelich), które zapewniają miód dla całej naszej rodziny i zamierzam nadal rozwijać, wspólnie z synem, tę na razie skromną pasiekę.

Nie boi się Pani ukąszeń?

Nie, nie boję się pszczół i nie jestem (na szczęście) uczulona  Poza tym bardzo lubię obserwować  pracę pszczółek. Ul to doskonale zorganizowane przedsiębiorstwo, w którym każdy ma do wykonania konkretne zadanie. Są zatem pszczoły karmicielki, zwiadowczynie, zbieraczki, woszczarki, strażniczki i inne, są również trutnie, no i oczywiście królowa.

Może opowie Pani o jakiejś przygodzie z pszczołami.

Kiedyś zauważyłam, że przy jednym z uli jest straszny ruch. Nie bardzo wiedziałam, co robić. Okazało się, że to młode pszczoły wyszły po raz pierwszy na zewnątrz i milimetr po milimetrze „skanowały” swój ul, by potem bez problemu do niego trafić. Przyznaję, że byłam pod wrażeniem.

A co Pani robi w wolnych chwilach?

Najczęściej robię sobie dobrą herbatę i rozwiązuję krzyżówki lub czytam. Lubię też odwiedzać moją mamę, dzieci i popracować u nich w ogrodzie..

Pozostaje mi jeszcze zapytać o Pani plany i marzenia?

Mam świadomość swojego wieku i bardzo nie rozpędzam się z marzeniami. Marzę o tym, by jak najdłużej być osobą samodzielną i niezależną. Chciałabym też, by moim wnukom ułożyło się w życiu, co najmniej tak dobrze, jak ich rodzicom.

Tego oczywiście życzę. Dziękuję za rozmowę.