BLOG

„Zawsze kierowałam się pracą i oszczędnością” – Genowefa Szczur

Kobieta, która wiele w życiu przeszła a nic nie zgasiło blasku Jej oczu 🙂

Pani Genowefo – proszę nam opowiedzieć o swoim dzieciństwie.

Moje dzieciństwo było piękne, choć naznaczone ciężką pracą. Miałam 2 siostry, w tym jedną bliźniaczkę. Miałam też dwóch starszych braci, którzy niestety zmarli mając kilka miesięcy.  Było bardzo ciężko. Tata był stróżem w szkole powszechnej. Często mu pomagałyśmy, np. nosiłyśmy węgiel lub sprzątałyśmy.  Rodzice mieli 5 hektarów pola, hodowali krowy i świnie, a więc było co robić.

A jak było ze szkołą?

Skończyłam 6 klas szkoły powszechnej. Do szkoły chodziłam co drugi dzień na zmianę z siostrą, ponieważ musiałyśmy pomagać w gospodarstwie. Szkoła nie zwalniała bowiem z innych zajęć. Siódmą klasę zrobiłam już po wojnie.

No właśnie. jak wspomina Pani ten trudny czas?

Przez całą wojnę bałam się o rodzinę. Żyłam w ciągłym stresie. Wielu moich znajomych było w partyzantce. Bałam się również o własne życie. W pierwszych dniach wojny niedaleko nas wybuchła bomba. Niedaleko nas stał bowiem kierat a Niemcy chyba myśleli, ze to czołg. Do dziś pamiętam poszatkowane owoce w sadzie.

Czy jakaś „przygoda” szczególnie utkwiła Pani w pamięci?

Tak, pamiętam, że przez dwa tygodnie ukrywaliśmy się w lesie na Budzie Stalowskiej. Bardzo się baliśmy. Kiedy wróciliśmy zobaczyliśmy, że na naszym podwórku było porozrzucane siano. Okazało się, ze to sołtys zakwaterował u nas niemieckie konie – oczywiście bez naszej wiedzy i zgody. Pamiętam jeszcze dwa momenty – kiedy na środku wsi Niemcy powiesili jednego człowieka oraz olbrzymie zagrożenie spalenia całej wsi, bo jeden z mieszkańców zastrzelił jakiegoś Niemca. Uniknęliśmy tragedii dzięki temu, że ów człowiek nie skręcił w Mokrzyszów, ale pobiegł prosto na Stale, co zaświadczył dyrektor Połowicz, który świetnie mówił po niemiecku i całą noc tłumaczył to Niemcom.

To jeszcze nie koniec …

Rzeczywiście. Na pracownicach wykonywano rożne medyczne doświadczenia. Ja również dostałam jakąś szczepionkę, po której dostałam bardzo wysokiej gorączki i o mało nie umarłam. Do tej pory mam ślad na ręce. Okazało się bowiem, ze to nie była żadna szczepionka tylko jakiś zastrzyk eksperymentalny żyję dzięki dr Lilien, która zabroniła mi iść na drugą dawkę.

Z doktor Lilien wiąże się jeszcze jedna sytuacja. Kiedy Niemcy przyszli do szkoły i jej szukali zostałam ukryta razem z nią przez dyr. Połowicza w … spichlerzu.

Jacy byli ludzie?

Ludzie byli chyba życzliwsi, pomagali sobie wzajemnie. Rodzina trzymała się razem a trzeba powiedzieć, że były to liczne rodziny, wielopokoleniowe.

Nie bała się Pani wywózki do Niemiec?

Kiedy wybuchła wojna trzeba było coś zrobić, żeby nie pojechać do Nieniec na roboty. Dzięki ówczesnemu dyrektorowi szkoły rolniczej – p. Połowiczowi zostałam razem z mamą i siostrą zarejestrowana jako pracownica tej szkoły. Do szkoły rolniczej należało wówczas 50 hektarów ziemi, które obrabiało 12 osób i dwie pary koni.

Pracowałam w kuchni i w rolnictwie. Tam też poznałam dr Olgę Lilien, która również była tam zarejestrowana, ale na nie swoje nazwisko. W rejestrze została zapisana jako Olga Mazur.

Ta znajomość przetrwała aż do śmierci doktor.

Jak wspomina Pani doktor Lilien?

Była to niezwykle ciepła kobieta, która była lekarzem z powołania. Zawsze przyjmowała wszystkich pacjentów, niezależnie ilu ich było danego dnia. Potrafiła przyjąć nawet 30 osób. Kiedy była taka potrzeba szła piechotą na wizytę domową, czasem kilka kilometrów nawet wtedy, gdy była już w podeszłym wieku.

Została matką chrzestną mojej najstarszej córki. Często przebywała w naszym domu. Nie założyła własnej rodziny. Nie miała nic, nawet własnej kołdry. Spała pod kocem na starej poduszce. Przepraszam, jednak coś miała – mnóstwo książek. Doktor była bardzo oczytaną kobietą, często dyskutowała z księdzem Chrobakiem, który również bywał w naszym domu. Świetnie znała język niemiecki i francuski,

Doktor nie zabiegała o dobra materialne. Zawsze pamiętała o ludziach, którzy ukrywali ją w czasie wojny. Była im za to niezmiernie wdzięczna.

Po wojnie została Pani asystentką doktor.

Tak, przez 20 lat pracowałam razem z doktor Lilien. To ona mnie wszystkiego nauczyła. Robiłam zastrzyki, rejestrowałam. Potem trzeba było mieć jednak oficjalne papiery potwierdzające kwalifikacje a ja ich nie miałam. Nie poszłam też na kurs a zatem musiałam odejść.

Co Pani zrobiła?

Dostałam propozycję pracy w Stacji Hodowli Roślin i Zwierząt, gdzie przepracowałam ponad 30 lat. Bardzo lubiłam tę pracę.

A jak Pani wspomina czasy komunistyczne?

Cóż mogę powiedzieć? Człowiek był często zawiedziony, bo wrogiem okazywał się swój, czasem nawet ktoś dobrze znany. Poza tym czasy były bardzo ciężkie. Brakowało wielu rzeczy.

Mimo tych trudnych czasów ludzie starali się żyć normalnie. Grali nawet w przedstawieniach. Wiem, że i Pani miała swój wkład.

Tak, zaraz po wojnie grałam Alinę w „Balladynie” Juliusza Słowackiego.  Miałam wtedy długie blond włosy. Pamiętam tę rolę do dziś. Przedstawienie przygotował prof. Paź. Wciągnęłam się w tę sztukę. Dzięki rozlicznym kontaktom profesora prezentowaliśmy tę sztukę w różnych miejscach. Byliśmy w Sobowie, Stalach a nawet w Stalowej Woli. W ogóle profesor Paź był świetnym pedagogiem, umiał pociągnąć za sobą młodzież. Ludzie się z nim bardzo liczyli.

Z mężem Tadeuszem i swatami

Z tego co mi wiadomo Pani dom był zawsze pełen ludzi?

Tak, często odbywały się w nim różne dyskusje. Wieczorami grano w karty, dyskutowano. Jako pierwsi mieliśmy w domu telefon i inne zdobycze techniki takie jak radio czy telewizję.

Z czego jest Pani najbardziej dumna?

Ze swoich dzieci, z sióstr, które zdobyły wykształcenie. Jedna z nich została dyplomowaną pielęgniarką i pracowała potem z doktor Lilien. Oczywiście jestem również dumna z moich wnuków i prawnuków.

Jakimi wartościami kieruje się Pani w życiu?

Zawsze kierowałam się pracą i oszczędnością. Wszystko do czego doszłam zawdzięczam własnej pracy – mojej i męża. Pracowałam ciężko, bardzo ciężko. Pracę na etacie łączyłam z pracą w gospodarstwie, prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci. Jakoś sobie radziłam.

Dużą role w moim życiu odgrywał i nadal odgrywa Bóg, który zawsze mi pomagał. Starałam się codziennie chodzić do kościoła. Zresztą do dzisiaj to robie. Cieszę się, że mój wnuczek jest w seminarium. Byłam na jego obłóczynach. Chciałabym doczekać świeceń.

Czy czegoś Pani żałuje w swoim życiu?

Żałuję, że nie zrobiłam prawa jazdy. Wszędzie jeździłam rowerem albo … komarkiem. Powiem, że jeździłam nim jeszcze 10 lat temu [dodam, że pani Genowefa ma już 92 lata!!

Z wnukami: Przemysławem i Radosławem

Plany na przyszłość/marzenia?

Już nie mam bardzo planów. Aby tylko zdrowie było jako takie. No i chciałabym doczekać tych świeceń. Zresztą, będzie co pan Bóg da.

Życzę oczywiście dobrego zdrowia i doczekania świeceń kapłańskich wnuczka. Dziękuję serdecznie za rozmowę.